czwartek, 31 grudnia 2015

Wiedziałam, że tak będzie - Kasia Pisarska

Tytuł: Wiedziałam, że tak będzie!
Autor: Kasia Pisarska
wydawnictwo: Muza
data wydania: 18 listopada 2015
ISBN: 9788328702240
liczba stron: 271
kategoria: powieść obyczajowa
okładka: miękka ze skrzydełkami


Gdy przeczytałam rekomendację na okładce o treści: "Włoskie krajobrazy, wiara w marzenia - i mamy opowieść doskonałą", roześmiałam się ironicznie. Pomyślałam, że to trochę mało, żeby powstała historia doskonała. Jakże szybko potwierdziły się moje wątpliwości. Zapewniam Was, że nie mam tu na myśli tylko wad wynikających z nakreślonej tu przez autorkę fabuły, która niestety jest przewidywalna i przeważają tu wątki zaczerpnięte jakby z bajki. Prawdopodobieństwo, że przydarzy nam się większość z opisanych tu wydarzeń jest niewielkie.

Od licha bidy można by potraktować tę powieść jako pocieszacz. Można by również polecić ją czytelnikom, którzy pragną się odprężyć i choć na chwilę zapomnieć o problemach i oderwać się od szarej rzeczywistości. Klimat Włoch, opisy zwyczajów tam panujących, dość obszerne fragmenty poświęcone tamtejszej kuchni wprawiłyby zapewne wielu w dobre samopoczucie. Pod jednym warunkiem. Gdyby wydawca przekazał w nasze ręce książkę pozbawioną błędów. Niestety "Wiedziałam, że tak będzie" to jakby przegląd różnych potknięć, jakie mogą umknąć korektorowi czy redaktorowi. Błędy interpunkcyjne są wszędzie. Pojawiają się prawie na każdej stronie. Najbardziej irytują kropki w środku zdań. Ich brak na końcu zdania jest tu prawie regułą. Często brakuje także ostatnich liter w wyrazach. Nie da się ukryć, że autorka lubi używać wyrazów superpoważna, superatrakcyjny, superfajny, superciekawy, fajne miejsce, fajni ludzie. Można się tu również natknąć na dziwne porównania ("Pasuje tu jak kaktus do odkurzacza") czy specyficzne niby przekleństwo ("Wa mać"). Niektóre zdania brzmią niecodziennie ("Masz ideę, ile by kosztował detektyw, który zrobiłby to samo?"). W końcu nadchodzi moment, że od nadmiaru tych wszystkich niedociągnięć przestają dziwić nawet wyrażenia typu "szalone szaleństwo" czy "bezsensowny bezsens" i kilkunastokrotna zamiana "co" na "to".

Nie mogę nie wspomnieć także o zachowaniu głównych bohaterek. Gdyby autorka nie napisała o tym, że Laura ma 40 lat pomyślałabym, że to naiwna nastolatka. Treść jej przemyśleń zaskakiwała mnie i w sumie nie byłam pewna czy mam je traktować na poważnie czy ma to być rodzaj żartu. Szczególnie jeśli chodzi o fragmenty: "Przez ostatnie lata nie zabezpieczałam się, bo nie musiałam, a gdy kochałam się z [...] wydawało mi się, że uważaliśmy" czy "I tak, w wieku prawie czterdziestu lat, po raz pierwszy w życiu wskoczyłam facetowi do łóżka, przy okazji odkrywając, że [...] nie chrapie". Jej przyjaciółka - Weronika - także wykreowana jest tu na dość niezorientowaną. ("Okazało się, że nieświadoma biurokracji i obowiązkowej papierologii, [...] chciała przemycić [...]. Paletę zatrzymano na granicy [...]"). Muszę jeszcze dodać, że niewiele miejsca poświęcono tu na opis emocji. Niestety to powoduje, że bohaterowie wydają się papierowi. Dodatkowo historia obfituje w zbyt wiele zbiegów okoliczności, a niektóre wątki wydają się jakby urwane, co skutkuje brakiem ciągłości pomiędzy niektórymi rozdziałami.

*** Życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku ***

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Biesy - Fiodor Dostojewski

Tytuł: Biesy
Tytuł oryginału: Бесы
Autor: Fiodor Dostojewski
tłumaczenie: Tadeusz Zagórski
wydawnictwo: MG
data wydania: 30 września 2015
ISBN: 9788377793046
liczba stron: 670
kategoria: literatura piękna
okładka: twarda


Po raz pierwszy "Biesy" zostały opublikowane w czasopiśmie "Russkij Wiestnik" w latach 1871-1872. Niestety nie opublikowano w nim całego utworu. Rozdział "U Tichona" nie spełnił według redaktora Katkowa wymogów cenzury. Zatem nakazano usunąć go z "Biesów" ze względu na nieodpowiedni wydźwięk. Dostojewski walczył z cenzorem, (ponieważ uważał, że brak tegoż rozdziału spowoduje niezrozumienie psychiki głównego bohatera - Stawrogina) ale niestety musiał się poddać. Dodatkowo autor musiał poczynić zmiany w pozostałym tekście, aby czytelnicy nie zauważyli braku spójności w fabule po "wycięciu" spornych fragmentów. W ten oto sposób "Biesy" nie ukazały się nigdy w pierwotnej formie. Od 1922 roku, kiedy przetłumaczono rozdział "U Tichona" na język polski po raz pierwszy, zamieszcza się go najczęściej na końcu powieści jako dodatek. Niestety w powyższym wydaniu brak tegoż rozdziału...

W liście do swojego przyjaciela Apollona Nikolayevicha Maykova, Dostojewski wspomniał, że nadając tej powieści tytuł inspirował się epizodem z Ewangelii Łukasza. Natomiast fabuła utworu oparta została na faktach (historia morderstwa politycznego, jakie miało miejsce w 1869 roku). Można powiedzieć, że pisarz stworzył "Biesy" jako "powieść-broszurę", w której przedstawił swoje poglądy na ideologię plagi materialistycznej. Przenosimy się wraz z akcją do XIX-wiecznej carskiej Rosji, gdzie ideologia socjalizmu stała się nową modą w środowisku intelektualistów. W prowincjonalnym miasteczku mają miejsce dziwne wydarzenia. W duszach ludzkich budzą się demony i skłaniają ich do złych czynów w imię rewolucji. Początkowo tempo akcji jest tu bardzo powolne. Można natknąć się na opisy scen, w których kilkunastu bohaterów przebywa w jednym pokoju i każdy z nich ma do odegrania równie ważną rolę. Akcja wydaje się rozproszona. Narracja niestabilna. Wszechwiedzący narrator nie jest bezpośrednio obecny we wszystkich wydarzeniach. Obserwuje ludzi, często mówi o rzeczach, o których nie może wiedzieć. Czasami pisarz zapomina na długi czas o jednym z bohaterów na rzecz innego. Poprzez ich wypowiedzi i myśli jesteśmy świadkami filozoficznego dyskursu o Bogu, ludzkiej wolności i rewolucji politycznej. W "Biesach" widzimy jak "nowe" wpływa na lokalną ludność. Idee wolności myśli, wyznania, i pojęcie wolności politycznej są jak puszka Pandory. Ponadto Dostojewski wydobywa tu prawdę poprzez ukazanie sprzecznych ideologii, dwuznaczności dobra i zła, zacierania się moralności. Chwilami powieść wydaje się niemal odrobinę zabawna, szczególnie w precyzyjnie opracowanych charakterystykach bohaterów. Jednak w prozie tej zauważalny jest fatalizm.

Niekiedy "Biesy" czyta się uciążliwie, żmudnie. Proza nasycona jest symboliką miejsc, przedmiotów, czynów. Czytając utwór czuć tu duży wpływ filozofii Friedricha Nietzschego. W płynnej lekturze przeszkadza bardzo duża liczba bohaterów. Ich długie imiona i nazwiska są trudne do zapamiętania. Trzeba także dodać, że wzorami dla stworzonych przez pisarza postaci były znane w ówczesnych czasach osoby. Ponadto wielowątkowość tej powieści sprawia, że czasem można popaść we frustruję. Żeby być na bieżąco z tak złożoną fabułą należy mocno się skupić, aby nic po drodze nam nie umknęło. Cieszy fakt, że przetłumaczono tu w przypisach pod tekstem treść francuskich dialogów. Nie wyobrażam sobie jak uciążliwa byłaby dla mnie ta lektura, gdyby zamieszczono je tylko w oryginale. Na plus można także zaliczyć to, że wydawca dodał obszerne przypisy przybliżające ówczesne wydarzenia, a także krótkie biogramy osób, które tu wspomina. Na koniec dodam, że za tytułowych biesów niektórzy uważają głównych bohaterów. Widzą w nich także symbol zmieniających się ideologii. Inni twierdzą, że biesami są same idee i myśli, które manipulują ludźmi, niszczą ich dusze. Można także potraktować tę powieść jako satyrę na socjalizm końca XIX wieku. Nie da się jednak ukryć, że Dostojewski bawi się z tu czytelnikiem, manipuluje nami i dlatego mam wrażenie, że wiele ze znaczeń tego tekstu jeszcze nie odkryłam. 

czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt

źródło: link

środa, 23 grudnia 2015

Metro 2035 - Dmitry Glukhovsky

Tytuł: Metro 2035
Tytuł oryginału: Метро 2035
Autor: Dmitry Glukhovsky
tłumaczenie: Paweł Podmiotko
wydawnictwo: Insignis
data wydania: 4 listopada 2015
ISBN: 9788365315052
liczba stron: 552
kategoria: fantastyka
okładka: miękka ze skrzydełkami


Na "Metro 2035" czekałam i czekałam. Żałowałam, że nie jestem na tyle biegła w języku rosyjskim żeby móc wcześniej poznać zakończenie trylogii w oryginale. Przyznam się, że moje oczekiwania były dość wysokie co do tej powieści. Mając w pamięci bardzo dobre "Metro 2033" i tylko trochę słabszą od niego kontynuację - "Metro 2034" miałam nadzieję, że historia przedstawiona w ostatnim tomie tej serii będzie dorównywała swym poziomem co najmniej drugiej z tych pozycji. Nie wyobrażacie sobie jak bardzo zaskoczyło mnie "Metro 2035".

Glukhovsky skupił się w tym przypadku na osobie Artema. Tak. Nie macie przywidzeń. To ten sam bohater, który zginął w pierwszej wersji "Metra 2033". Szkoda, że nie widzieliście mojej miny na wieść, że postać ta zmartwychwstała. Bezcenna. Zaskoczenie byłoby pewnie mniejsze, gdyby wydano tą część pod innym tytułem. Na przykład "Dalsze losy Artema". W przypadku ujrzenia na przedniej okładce tytułu sugerującego kontynuację znanej mi serii oczekiwałam elementów, do których autor przyzwyczaił mnie w poprzednich częściach Metra. Niestety tutaj ich zabrakło. Próżno tu szukać mutantów, niecodziennych zjawisk i pamiętnego "klimatu" ciemnych, dusznych tuneli. Oprócz tego momentami można odnieść wrażenie, że wkrada się do fabuły lekki chaos. Na pierwszy rzut oka można także ulec wrażeniu, że główny bohater dorósł, dojrzał. Szczególnie natykając się co i rusz na fragmenty filozoficzno-psychologiczne ukazujące wnętrze jego duszy. Niestety przez dużą część historii wydawało mi się, że Artem zachowuje się  jakby oszalał. Jego czyny były irracjonalne. Dziwny jest także fakt, że co i rusz wpadał w nie lada tarapaty, z których za każdym razem wychodził cało.

Postaci dalszego planu niewiele lub nic nie wniosły do fabuły. Spotkać tu można wielu znajomych z poprzednich części serii. Zaskakuje szczególnie kontynuacja losu Saszy. Należy pochwalić autora za fakt, że tym razem nie ma tu jednowymiarowych charakterystyk frakcji. W "Metrze 2035" odnaleźć można ich dobre i złe cechy. Zaskoczyło mnie to, że dużo miejsca poświęcono tu polityce, chwilami brzmi to jak manifest antyputinowski. Dodatkowo pojawiają się tu nowoczesne urządzenia, o których nie było mowy w poprzednich częściach, a sugeruje się że je już wcześniej znano. Trzeba także dodać, że pisarz dość często nawiązuje do wydarzeń z przeszłości bohaterów. Wspominam o tym dlatego, że w opisie na tylnej okładce twierdzi się, że można tą część czytać jako samodzielną książkę i poznanie tej historii jako pierwszej z tej serii nie sprawi czytelnikowi żadnych problemów. Nie zgadzam się z tym. Jeśli nie znacie poprzednich części możecie poczuć się zagubieni.

Trzeba przyznać, że wiele się tu dzieje mimo że główny bohater dąży do osiągnięcia tylko jednego celu. Zaskakuje fakt, że Artem spędza dużo czasu nie w tunelach tytułowego metra a na powierzchni. Opisy są tu krótkie. Jakby pourywane. Dialogi wydają się pisane w celu przyspieszenia akcji. Równoważniki zdań w nich użyte sugerują ciągły pośpiech. Poza tym akcja, która rozgrywała się w "Metrze 2033" przez kilka kolejnych rozdziałów tu została skondensowana do kilkunastu zdań. Niektóre wydarzenia czy też treść całych rozdziałów (przykładowo rozdział szósty, który zajmuje tu aż lub tylko 19 stron) nie łączą się z głównym wątkiem. Można też wychwycić "dziury" w fabule. Fakt, że pisarz wyjaśnia tu odbiorcy to co zostało już wcześniej powiedziane w poprzednich częściach z serii Metro może mocno zirytować. Uważam, że należy także ostrzec przed dużą ilością wulgaryzmów i błędami. Podobnie jak w książce "Futu.re" (pisałam o niej TUTAJ) postanowiono dołączyć tu kilkanaście ilustracji. Jednak tym razem ich autorką jest Diana Stiepanowa. Na koniec wspomnę jeszcze, że kolorystyka tej okładki jest inna niż wcześniej wydane części. Dziwnie to wygląda na półce. 

niedziela, 20 grudnia 2015

Tajemnice Los Angeles - James Ellroy

Tytuł: Tajemnice Los Angeles
Tytuł oryginału: L.A. Confidential
Autor: James Ellroy
tłumaczenie: Wojciech Kallas
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 4 listopada 2015
ISBN: 9788379993871
liczba stron: 568
kategoria: kryminał
okładka: miękka ze skrzydełkami


Widziałam kiedyś film z 1997 roku pod tym samym tytułem w reżyserii Curtisa Hansona oparty na motywach tej powieści. Mimo że było to dość dawno dobrze pamiętam przedstawiony w nim rozwój wydarzeń. Szczególnie postaci, w które wcielili się Kim Basinger (aktorka została za tę rolę nagrodzona Oscarem) i Danny DeVito mocno wryły mi się w pamięć. Wtedy nie zwróciłam uwagi na fakt, że film został zrealizowany w oparciu o książkę. Przyznam się, że trochę obawiałam się, że znajomość jego fabuły zepsuje mi radość z lektury powieści autorstwa Jamesa Ellroya. Na szczęście okazało się, że reżyser stworzył tylko luźną adaptację. Drugim elementem, który nie zachęcał mnie do sięgnięcia po "Tajemnice Los Angeles" jest fakt, że to trzecia część cyklu "L.A. Quartet". Nie znam dwóch poprzednich, więc miałam nadzieję, że każdą powieść należącą do tej serii można czytać bez znajomości treści pozostałych. Po skończonej lekturze wiem, że tak właśnie jest w tym przypadku. Co za ulga. 

Zatem co mnie tak zaintrygowało, że zdecydowałam się poznać tę historię także w wersji papierowej? Akcja ma miejsce w Los Angeles w latach 50. ubiegłego wieku. Opisanych zostało tu około 8 lat. Autor połączył zgrabnie fikcję i historię. Obraz miasta, który wyłania się z kart tej powieści jest brudny i mroczny. Skorumpowana policja, prostytucja, przemoc, alkohol, narkotyki, liczne strzelaniny, mafia i dużo trupów. Narracja prowadzona jest z trzech punktów widzenia. Brak tu szlachetnych bohaterów. Nawet prowadzący dochodzenie walczą z własnymi demonami. W książce można odnaleźć liczne fragmenty, w których pisarz nie pominął obraźliwych słów w stosunku do osób innej rasy, orientacji seksualnej czy innego wyznania. Przemoc i agresja została uwypuklona także w relacjach damsko-męskich. Lektura momentami szokuje. Chwilami można poczuć się wręcz zdegustowanym.

Postaci stworzonych tu przez pisarza jest całe mnóstwo. Niektóre z nich pojawiają się tak rzadko (przykładowo dwa razy wspomina się o danym bohaterze na stronie 25 i 270), że trudno sobie przypomnieć kim są i jaki związek mają z główną osią fabuły. Autor często tylko bardzo krótko informuje o tym co się dzieje, gdy losy bohaterów się zazębiają. Przydałby się spis postaci. Ciekawe jest także to, że im narracja bardziej się posuwa do przodu moralność postaci staje się bardziej skomplikowana. Chwilami można odnieść wrażenie, że zostaliśmy ofiarą manipulacji. Ci dobrzy okazują się mieć także cechy iście diabelskie, a oblicze złych się nieco rozjaśnia. Można poczuć się także lekko zagubionym z powodu wielowątkowości czy bardzo szczegółowych opisów myśli bohaterów. Nie da się ukryć, że powieść trzeba czytać z dużą uwagą.

Język jakiego tu użył James Ellroy jest ostry, brutalny. Pełen slangu i przekleństw. Styl jest zwięzły, chwilami można go nazwać nawet telegraficznym. Niektóre zdania zbudowane są tylko z jednego wyrazu. To efekt prośby amerykańskiego wydawcy o skrócenie powieści o ponad 100 stron. Autor nie chcąc usuwać wątków wykreślił z powieści wszystkie zbędne słowa. W efekcie otrzymano bardzo gęstą prozę, chwilami przypominającą wręcz barokowe utwory. Ciekawym urozmaiceniem w tej powieści jest również dodanie do niej fragmentów lokalnych gazet czy raportów policyjnych. Niestety muszę zauważyć, że nie łatwo jest złapać rytm tego utworu. Trzeba jednak podkreślić, że gdy już się wsiąknie w tę historię to nie sposób jej odłożyć na później. Nie polecałabym robić zbyt długich przerw podczas czytania, ponieważ trudno później odnaleźć się w gęstwinie bohaterów i wydarzeń.

piątek, 18 grudnia 2015

Jądro ciemności - Joseph Conrad

Tytuł: Jądro ciemności
Tytuł oryginału: The Heart of Darkness
Autor: Joseph Conrad
tłumaczenie: Aniela Zagórska
wydawnictwo: MG
data wydania: sierpień 2015
ISBN: 9788377793077
liczba stron: 152
kategoria: literatura piękna
okładka: twarda


W "Jądrze ciemności" autor ukazuje podróż po rzece i spotkanie z tajemniczym Kurtzem. Niektórzy dopatrują się tu fragmentów opartych na motywach autobiograficznych, ponieważ wiadomo że pisarz w roku 1890 objął dowództwo na parowcu w belgijskim Kongo. Powyższy utwór postrzegany jest także jako publikacja łącząca jednocześnie wartości wiktoriańskie i ideały modernizmu. Ponadto ukazuje ideę bohaterstwa w obliczu ataku w zmieniającym się świecie. Kobiety odgrywają tu niewielką rolę a pojęcie "cywilizacji" istnieje jedynie jako obłudny ideał. Zagrożenia, wobec których stają bohaterowie Conrada są natomiast konkretne.

Powieść jest często traktowana jako antykolonialna lub antyimperialistyczna. Niektórzy postrzegają ją jako głęboko rasistowską, podczas gdy inni jako atak na rasizm kolonializmu. Można ją także potraktować jako przypowieść o naturze ludzkiej. Poruszony został tu także temat wyobcowania, zagubienia. Sportretowano zachowania ludzi w trudnej sytuacji i podjęto próbę zbadania jak dobrze możemy poznać drugiego człowieka. Dodatkowo ukazana tu podróż to nie tylko wędrówka ale także ciągłe poznawanie. Jednak wydaje mi się, że to imperializm jest tu tematem centralnym. Warto dodać, że "Jądro ciemności" było jednym z pierwszych tekstów literackich krytykujących europejskie działania imperialistyczne. Czym różnią się tzw. cywilizowani ludzie od dzikusów zdaje się pytać autor. Dlatego lektura obudziła we mnie wątpliwości dotyczące imperializmu i rasizmu.

Wiele biograficznych podobieństw pomiędzy Marlowem i Conradem i fakt, że postać ta pojawia się w dużej liczbie utworów stworzonych przez tego pisarza są powodami dla których wielu uznaje tego bohatera za alter ego autora. Dziwi fakt, że w sumie niewiele dowiadujemy się o jego wyglądzie mimo że prawie całe "Jądro ciemności" zostało poświęcone właśnie tej postaci. Okazuje się, że jest on tu raczej bardzo wnikliwym obserwatorem i gawędziarzem. Słuchamy jego długich opowieści, pełnych humoru o wyprawach, które chwilami wydają się trochę zmyślone. Inny (nie mniej ważny) bohater pojawia się dopiero dużo później. Mimo to już o wiele wcześniej wiele się o nim dowiadujemy z ust innych postaci. Trzeba jednak podkreślić, że reputacja Kurtza zmienia się wraz ze zbliżaniem się Marlowa do jego obozu.

Fakt, że Conrad napisał tę powieść w języku angielskim, którego zaczął uczyć się dopiero jako dorosły człowiek, jest niezwykłe. Zdania są sugestywne i złożone do tego stopnia, że wielokrotnie nie można jednoznacznie odgadnąć intencji autora. Styl można nazwać gęstym. Tekst jest przesycony refleksjami i wielokrotnie natykamy się na monolog wewnętrzny Marlowa, który stara się zrozumieć, co widzi. Bogata symbolika poszczególnych elementów i przede wszystkim tytułu również nie ułatwia odbioru tego utworu. Zaglądamy wraz z autorem do podświadomości bohaterów, którzy nie są tu niejednoznaczni. Widzimy niszczący wpływ władzy. Nie łatwo się to czyta. Trzeba wychwycić niuanse, zrozumieć kontekst historyczny. Na koniec dodam, że "Jądro ciemności" było wielokrotnie krytykowane. Przez niektórych uważane za obraźliwe, przedstawiające Afrykę jako antytezę Europy i cywilizacji, promujące uprzedzenia. Obnażające barbarzyństwo tworzenia nowoczesnego idealizmu imperium...

wtorek, 15 grudnia 2015

Zaduch. Reportaże o obcości - Marta Szarejko

Tytuł: Zaduch. Reportaże o obcości
Autor: Marta Szarejko
Wydawnictwo: DW PWN
data wydania: 14 września 2015
ISBN: 9788377058831
liczba stron: 183
kategoria: literatura faktu
okładka: miękka ze skrzydełkami


Nie jestem "słoikiem". Od urodzenia mieszkam we Wrocławiu. Po powyższą publikację sięgnęłam z ciekawości. Znam wiele osób, które przyjechały spoza dużego miasta i cały czas próbują się dostosować, mimo że mieszkają tu już bardzo długo. Często tęsknią za spokojem, bliskim kontaktem z naturą. Narzekają na wielkomiejski smog, nieustającą pogoń za doczesnymi dobrami. Jednak "słoiki", które znam zauważają także pozytywy migracji. Natomiast Marta Szarejko zaserwowała tu zbiór historii o samych rozczarowaniach.

Momentami trudno mi było uwierzyć, że historie tu spisane są opowiadane przez 30-latków. Ich los jawi się jako porażka, mimo że niejednokrotnie wiele w swym życiu osiągnęli. Poczucie wyobcowania stale powoduje, że tracą coś ważnego. Nie przynależą do żadnego ze światów. Stoją w ciągłym rozkroku. Niby się zmienili jednak nie na tyle, aby stać się mieszczuchami. Początkowa fascynacja ogromem możliwości, jakie zaoferowało im miasto wygasła w zderzeniu z szarą rzeczywistością. Chwilami miałam wrażenie, że ludzie tu sportretowani zastygli w swego rodzaju marazmie. Utracili nadzieję na zmianę na lepsze. Zdziwił mnie także fakt, że autorka wybrała jako bohaterów do swego reportażu tylko osoby z wyższym wykształceniem. To moim zdaniem mocno zubożyło przekaz tej publikacji. Dodatkowo swych rozmówców znalazła poprzez informację zamieszczoną na Facebooku. Rozumiem, że to w obecnych czasach jeden z łatwiejszych i szybszych sposobów komunikacji międzyludzkiej, ale przez to zarysowany tu obraz tej grupy społecznej został trochę ograniczony. Nie wszyscy przecież korzystają z tego medium. Marta Szarejko nie ustrzegła się także przed zbyt jednowymiarowym przedstawieniem warszawiaków z dziada pradziada.

Szkoda, że tak rzadko ostatnio pojawiają się pozycje poruszające temat migracji ze wsi do miast. Ciekawe dlaczego? Czy inne "słoiki" nie są zainteresowane losem swych współbratymców? Czy mieszczuchy ciekawi ten temat? Jeszcze kilka lat temu bardzo często dyskutowano o tej grupie społecznej. Jednak pamiętam, że ówczesny obraz "słoików" był również niepełny. Przedstawiano ich wtedy tylko w dwóch płaszczyznach. Jako tych, którzy są dumni ze swego pochodzenia i tych, którzy się tego wstydzą. Jetem świadoma, że nie było to odpowiednio szerokie spojrzenie na tej problem, ale Marta Szarejko skoncentrowała się tylko na jednym z nich - tym negatywnym. Dlaczego? Tylko jednemu z szesnastu ukazanych tu bohaterów pochodzenie nigdy nie wadziło. Chwilami robi się "duszno" od tych wszystkich zwierzeń. Na szczęście lektura bardzo szybko dobiega końca. Poszczególne historie nie są zbyt obszerne. Całość zajmuje jedynie 183 strony. Cieszy fakt, że nie publikacja jest bardziej obszerna. Nie wiem czy wtedy dałabym radę dobrnąć do jej ostatniej strony. Pesymizm w takiej dawce da się jeszcze znieść. Tylko jeszcze na koniec zapytam: "Dlaczego Ci młodzi ludzie nie próbują zmienić czegoś w swym życiu?"

niedziela, 13 grudnia 2015

Drobne występki w czasach obfitości - Matthew Kneale

Tytuł: Drobne występki w czasach obfitości
Tytuł oryginału: Small Crimes in an Age of Abundance
Autor: Matthew Kneale
tłumaczenie: Michał Alenowicz
wydawnictwo: Wiatr od Morza
data wydania: 23 listopada 2015
ISBN: 9788393665396
liczba stron: 288
kategoria: literatura współczesna
okładka: miękka


Kneale przenosi tu czytelnika w różne części świata, w nanosekundy, docierając do serca odległych społeczeństw z rzadką spostrzegawczością. Tych 12 krótkich historii naświetla moralną niepewność naszych czasów z ironicznym humorem i satyrą. Historie są przedstawione z dbałością o każdy szczegół. Poznajemy dylematy moralne i etyczne nakreślonych tu bohaterów. Kneale nikogo tu nie przeprasza ani nie odwraca się od absurdu. Stworzone przez niego postacie podejmują decyzje w oparciu o poczucie strachu czy ignorancji. To jest fascynujące. Ciekawie jest zobaczyć jak sprawy rozwijają się z perspektywy każdego z grona tych narratorów.

Autor ukazał tu ciemną stronę ludzkiej natury, umieszczając swych bohaterów w świecie przeciętności. Jednocześnie cały czas starał się zachować równowagę pomiędzy humorem i tragedią. Tytuł tegoż zbioru opowiadań nasuwa pod rozwagę ważną kwestię. Jak drobne są tytułowe "drobne występki"? Kneale zdaje się tu pytać, które z nich są "gorsze" od innych. Niektóre historie ukazują tu jak jeden mały czyn może zmienić diametralnie stan rzeczy. Muszę przyznać, że opowiadania sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać czy nie za szybko oceniam innych. Trzeba również zaznaczyć, że pojęcie etyki zajmuje tu ważne miejsce. Ponadto ton opowiadań wydaje się być kontemplacyjny.

Autor stara się tu unikać karykaturowania. Jednak jego bohaterowie tylko wydają się być ludźmi wrażliwymi, o dobrych intencjach. Ich moralna niejednoznaczność jest tu mocno uwypuklona. Niekiedy postacie wydają się zamknięte w przeznaczonej tylko sobie serii wydarzeń, skazane na odegranie wyznaczonej im roli. W kilku momentach można również odnieść wrażenie, że pisarz nakreślił tych bohaterów w jednym celu - krytyki społecznej. Kończąc pragnę jeszcze wspomnieć o tym, że każda z historii wydaje się być odpowiednio długa. Dodatkowo autorowi udało się uniknąć nadmiaru szczegółów. To cenię.

czwartek, 10 grudnia 2015

Więcej niż możesz zjeść - Dorota Masłowska

Tytuł: Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne
Autor: Dorota Masłowska
wydawnictwo: Noir sur Blanc
data wydania: 9 kwietnia 2015
ISBN: 9788373925199
liczba stron: 128
kategoria: literatura współczesna
okładka: twarda


Dorota Masłowska mając zaledwie 22 lata została laureatką Nagrody Literackiej Nike. To jeden z powodów, dla których od dłuższego czasu pragnęłam poznać jej twórczość. Początkowo próbowałam zmierzyć się z jej debiutancką powieścią "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną", ale niestety musiałam się poddać. Dałam za wygraną. Myślałam wtedy, że jeszcze nie jestem wystarczająco dojrzała, aby zrozumieć przekaz zawarty w jej prozie. Minęło kilka lat i znów stanęłam oko w oko z kolejnym utworem tejże autorki. Była to powieść "Kochanie, zabiłam nasze koty". Musiałam ponownie skapitulować. Nie mogłam jednak na tym poprzestać. Jakiś czas temu postanowiłam dać twórczości Masłowskiej trzecią szansę. Ostatnią. Tym razem wybrałam zbiór felietonów...

Mamy tu 23 felietony. Autorka pod pretekstem podzielenia się z czytelnikiem swymi doświadczeniami w kwestii kucharzenia zawarła tu dość prześmiewczy obraz otaczającego ją świata. Nie tylko nam współczesnego. Ciekawie czytało mi się fragmenty oparte na wspomnieniach z jej lat dorastania, ponieważ przełom lat 80. i 90. to był również czas gdy ja miałam naście lat. Pamiętam swój pokój obklejony plakatami zespołu Roxette, gumę Hubbe Bubbe, kogel-mogel, filmy na kasetach VHS. Interesujące wydały mi się także felietony, w których Masłowska wytyka wady nie tylko obcokrajowcom, wyśmiewa "swojskie" reklamy chipsów czy wspomina jakby mimochodem o różnych książkach. Jak pewnie już się zorientowaliście każdy z felietonów porusza inny temat a jednak autorka bardzo zgrabnie wszystko zdołała połączyć w całość.

Gdy przeczytałam na tylnej okładce, że prezentowane tu felietony były w latach 2011-2013 publikowane w "Zwierciadle" aż mi ulżyło. Na szczęście nie czytam tego czasopisma. Nie chcielibyście zobaczyć mojej reakcji, gdybym już wcześniej znała ich treść. Fani pisarki otrzymawszy ten egzemplarz jako prezent będą prawdopodobnie ukontentowani. Nie można zaprzeczyć, że wydawnictwo nie dopilnowało detali. Efekt końcowy zasługuje na pochwałę. Mamy twardą oprawę, projekt okładki nawiązuje do tematyki, tekst jest wzbogacony ilustracjami autorstwa Macieja Sieńczyka. Tylko, że każdy z felietonów jest bardzo krótki. Jeszcze dobrze nie zaczniemy a już kończymy lekturę tegoż zbioru. Najdłuższy z nich zajmuje 3 strony (mam tu na myśli lity tekst) przy użyciu dość dużej czcionki. Na oko oceniłabym ją na 14-15 pt. Dodatkowo naliczyłam tu aż 23 ilustracje - całostronicowe. Trzeba także podkreślić, że zostawiono sporo pustych stron (około 20), ponieważ każdy felieton zaczyna się od nowej, parzystej strony. Wszystkie te elementy spowodowały, że odniosłam wrażenie sztucznego "poszerzania" zawartości. Jednak finalnie całość liczy tylko 128 stron...

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Układ - Janusz Koryl

Tytuł: Układ
Autor: Janusz Koryl
wydawnictwo: Videograf
data wydania: 24 czerwca 2015
ISBN: 9788378354079
liczba stron: 224
kategoria: thriller / fantastyka
okładka: miękka


W sumie to trudno rzec czy to thriller czy horror. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę występujący tu element nadprzyrodzony. Jednak jedno jest pewne - trup ściele się tu gęsto. Na plus można zaliczyć fakt, że do końca nierozwiązana pozostaje główna zagadka i akcja dzieje się w Polsce (konkretnie w Rzeszowie). Dodatkowo dość zwięzła treść i krótkie rozdziały spowodowały, że zanim się obejrzałam to już dotarłam do końca tej książki. Właśnie takie lektury bardzo lubię.

Mimo że wspomniany tu motyw metafizyczny pojawił się już w literaturze wielokrotnie tutaj otrzymał formę godną ery nowych technologii. Nie spodziewałam się, że poznam tak "odświeżoną" wersję znanego mi dość dobrze elementu. Trzeba także pochwalić autora za dość dogłębne ukazanie bohaterów. Nawet drugoplanowych. Mimo że powieść ma tylko 224 strony pisarz zdołał naszkicować tu wiele postaci. Muszę przyznać, że parokrotnie zdziwiła mnie forma przekazu - poczynając od bardzo szczegółowego raportu z sekcji zwłok (nie polecam jeść podczas czytania) aż do cytowania fragmentów pewnej książki. Bardzo ucieszyło mnie ograniczenie opisów przyrody do minimum i "konkretna" treść dialogów. Jako plus można też zaliczyć brak rozdrabniania się na wiele wątków. Można nawet powiedzieć, że historia jest wręcz mało skomplikowana ale jednocześnie trzeba przyznać, że jest bardzo wciągająca. Już od pierwszych stron. Zakończenie natomiast mocno zaskakuje.

Zdziwiło mnie, że niektóre zdania brzmią tu niemal poetycko ("Wyłuskawszy swe ciało z frotowej powłoki, spojrzała w lustro"), co moim zdaniem kłóci się z ogólnym wydźwiękiem tej lektury. Dodatkowo niektóre fragmenty wydały mi się dziwnie skonstruowane ("Kuchenne gadżety miały się nie doczekać na gospodarza"). Od czasu do czasu odnosiłam wrażenie, że narrator wie więcej niż para prowadzących śledztwo policjantów. To irytowało i zepsuło mi nieco odbiór tego utworu. Na plus natomiast zaliczam fakt, że mogłam tu poznać miejsca znane tylko rzeszowianom. Tak. Autor wielokrotnie podzielił się tu wiedzą na temat swego rodzinnego miasta. Odniosłam również wrażenie, że jedna ze wspomnianych tu postaci to alter ego Janusza Koryla. Chyba, że podobieństwo było niezamierzone. Zauważyłam także słowa krytyki wycelowane w recenzentów książkowych czy stereotypowe ukazanie stałych "klientów" sklepu z alkoholami...

piątek, 4 grudnia 2015

Pieśń Kwarkostwora - Jasper Fforde

Tytuł: Pieśń Kwarkostwora
Tytuł oryginału: The Song of the Quarkbeast
Autor: Jasper Fforde
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
wydawnictwo: SQN
data wydania: 23 kwietnia 2015
ISBN: 9788379243129
liczba stron: 319
kategoria: fantastyka
okładka: miękka ze skrzydłkami


Magia, czarodzieje, konkurs, walka o władzę. To znajdziecie w "Pieśni Kwarkostwora". Byłam trochę rozczarowana, że tak bardzo rzadko wspomina się tu o Kwarkostworach. Tytuł i okładka rozbudziły tylko moją nadzieję. Dodatkowo jeśli pierwszy raz czytacie prozę Fforde (tak jak ja) może okazać się że, w międzyczasie znajdziecie sobie inną lekturę, a tą odłożycie na półkę i o niej zapomnicie przez długi czas. Nie łatwo jest w nią wniknąć. Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: "Co tu się właściwie dzieje?". Specyficzne poczucie humoru może nie przypaść Wam do gustu. Ponadto Fforde rozrzuca wszędzie wszystkie te szczególiki, które stają się po pewnym czasie bardzo ważne. To wymaga dużego skupienia podczas lektury, żeby żadnego z nich nie przegapić.

Pojawia się tu także wiele trudnych (często zabawnych) nazwisk (niekiedy pseudonimów) i nazw. Przez to chwilami miałam dość duży problem ze śledzeniem poszczególnych wątków. Oprócz tego niektóre fragmenty mogą dla czytelnika zabrzmieć absurdalnie, ale uwierzcie mi, gdy już "wsiąknięcie" w fabułę to wszystko po pewnym czasie okaże się mieć sens. Przyznam się, że nie miałam jasnego obrazu tej historii aż do około dwusetnej strony. Wiem, że to dość długo, ale muszę przyznać z perspektywy czasu, że warto było się trochę "pomęczyć". Początkowo bardzo spodobała mi się specyficzna gra słów, żarty, aluzje. Jednak około setnej strony zaczęło mnie to mocno irytować. Czułam, że autor trochę przesadził. Styl Fforde przypomina mi trochę twórczość Douglasa Adamsa, Terry'go Pratchetta czy Neila Gaimana. Zabawny i jednocześnie dziwaczny. Humor pojawia się w takich miejscach, że czasami nie byłam pewna, czy mają one być zabawne. Czułam jakby czegoś brakowało na początku książki i w jej środku. Przywoływanie wydarzeń z przeszłości wydało mi się ostatecznie nieco przypadkowe.

Podobało mi się, że można tu odnaleźć komentarze do realnego świata z punktu widzenia korporacji, korupcji i polityki. Jednak trzeba podkreślić, że historia koncentruje się na pracy zespołowej i zaradności. Muszę pochwalić autora za próbę połączenia tu magii, odrobiny bajki, tajemnicy, przestrogi i komentarza społecznego z humorem. Dodam, że brytyjskim. Stworzone przez Fforde'go postacie są tu moim zdaniem w przeważającej mierze dość ekscentryczne. Historia została przedstawiona w narracji pierwszoosobowej. To główna bohaterka, 16-letnia Jennifer, okazuje się tu opowiadać całkiem ciekawe przygody. Zaimponowała mi swą dojrzałością, inteligencją, silną osobowością, zaradnością. Autor na szczęście nie zmuszał mnie tu do "wysłuchiwania" nastoletnich fochów jak często zdarza się w książkach adresowanych do młodzieży. Niestety forma ostatniego rozdziału trochę zepsuła mi lekturę. Wydał mi się napisany jakby w pośpiechu. Sprawił także wrażenie domykającego fabułę, a przecież są kolejne dwie części tej serii. To trochę mylące. Na koniec wspomnę jeszcze tylko, że książka zawiera wiele użytecznych przypisów i kilka czarno-białych ilustracji autorstwa Roberta Sienickiego.

środa, 2 grudnia 2015

Ostatni dzień roku - Katarzyna Misiołek

Tytuł: Ostatni dzień roku
Autor: Katarzyna Misiołek
wydawnictwo: Muza
data wydania: 21 października 2015
ISBN: 9788328701809
liczba stron: 448
kategoria: powieść obyczajowa
okładka: miękka


Nie będę tu streszczała fabuły, ponieważ już sam opis na tylnej okładce zdradza prawie wszystko. Na szczęście nie przeczytałam go przed rozpoczęciem lektury. Bardzo się z tego faktu cieszę, ponieważ jaki sens ma zagłębianie się w historię gdy z góry zna się prawie wszystkie szczegóły. Napiszę zatem ogólnikowo. Zatem historia stworzona przez autorkę wywołuje wiele emocji. Trudno pozostać niewzruszonym, gdy poznaje się losy członków rodziny, którzy próbują poradzić sobie z tragedią. Kolejne kartki przynoszą wiele nowych informacji. Trzeba przyznać, że naprawdę bardzo dużo się tu dzieje. Pisarka poświęca dość sporo miejsca także charakterystyce bohaterów epizodycznych. Momentami z tego właśnie powodu można zgubić wątek główny. A akcja biegnie dość szybko. Autorka często dokonuje sporych przeskoków w czasie. Daje nam także okazję poznać przeszłość postaci (nie tylko wiodących) poprzez liczne retrospekcje.

Mimo że nie można zaprzeczyć, że fabuła mocno wciąga, wzrusza, momentami nawet lekko szokuje muszę "Ostatni dzień roku" mocno skrytykować. Książka zawiera mnóstwo błędów. Poczynając od interpunkcyjnych poprzez stylistyczne, gramatyczne kończąc na logicznych. Ciężko znaleźć tu stronę z bezbłędnym tekstem. Właśnie z tego powodu bardzo ciężko mi się tę książkę czytało. Wielokrotnie odkładałam ją na półkę. Na później. Szkoda, że wydawnictwo nie zadbało o właściwą korektę i redakcję utworu. Bardzo mnie też zdziwiła treść informacji prasowej dotyczącej tej pozycji. Otóż można się z niej dowiedzieć, że autorka "w wolnych chwilach pisuje krótkie horrory, które upycha później po szufladach" i że "w 2014 w wydawnictwa Muza ukazała się jej powieść "Niekochana"". Natomiast po przeszukaniu zasobów internetu okazuje się, że pisarka stworzyła już dwie powieści grozy pod pseudonimem Olga Haber (wydane przez wydawnictwo Videograf) "Oni" (pisałam o niej TU) i "Wyklęci" (znajdziecie kilka słów o niej TUTAJ). Dlaczego o tym nie wspomniano w notce prasowej ani słowem?

Na zakończenie zamieszczam jeszcze linki do wywiadów z autorką tej książki:

wtorek, 1 grudnia 2015

Wyniki konkursu comiesięcznego

Witam,

W listopadzie wylosowałam:

Anna Siecla
(W kraju Róży i Podróże z Arkadym Fiedlerem)

Paulina Stachyra
(Chiński ekspres i Antychryst. Narodziny i upadek)

gratuluję

a pozostałych zapraszam
do konkursu comiesięcznego ponownie ;)


w grudniu czeka na Was wiele książek do wyboru w


pozdrawiam