sobota, 31 października 2015

Śmiercionośny upominek - Erik Axl Sund

Tytuł: Śmiercionośny upominek
Tytuł oryginału: Glaskroppar
Autor: Erik Axl Sund
tłumaczenie: Wojciech Łygaś
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 23 września 2015
ISBN: 9788379993536
liczba stron: 366
kategoria: thriller
okładka: miękka ze skrzydełkami


Nie czytałam trylogii "Oblicza Victorii Bergman". Może to i lepiej, ponieważ oceniana jest przez wielu czytelników jako o niebo lepsza od "Śmiercionośnego upominku". U mnie nie będzie tego typu porównań. Nie będę jednak udawać, że nie słyszałam wcześniej o duecie, który skrywa się pod pseudonimem Erik Axl Sund. Był czas, że zrobiło się na temat napisanych przez nich książek bardzo głośno. Dodatkowo co jest raczej rzadko spotykane większość czytelników wychwalała ich trylogię pod niebiosa. Nic zatem dziwnego, że i ja zapragnęłam poznać ich twórczość. Nie sięgnęłam jednak po sławną już serię. Zdecydowałam się przeczytać "Śmiercionośny upominek" (zachęcił mnie tytuł), który okazał się pierwszą częścią nowego cyklu autorstwa tegoż duetu. Nie wiem niestety jaka jest polska nazwa serii, którą "otwiera" powyższa książka. Na jednej ze szwedzkich stron znalazłam, że brzmi ona "Svart Melankoli". Niestety nie umiem tego przetłumaczyć. Szkoda, że polski wydawca nigdzie na ten temat nic nie wspomina...

Autorzy
źródło: Domena publiczna
Szwecja, samobójstwa, morderstwa, muzyka, śledztwo. Właśnie tymi słowami krótko podsumowałabym treść tej książki. Krótkie rozdziały (niektóre jednostronicowe) powodują, że kartki same przewracają się w bardzo szybkim tempie. Natomiast wiele punktów widzenia i początkowe poczucie braku powiązania pomiędzy poszczególnymi fragmentami historii wprowadzają lekkie zamieszanie. Dodatkowo niby poznawałam każdego z bohaterów a jednocześnie okazywało się, że nadal niewiele o nich wiem. Informacje na ich temat są tu rozproszone. Postaci jakby szybko przechodzą obok, co powoduje trudność w stworzeniu głębszej relacji z nimi. Nie mogę nie wspomnieć także o częstych zmianach lokalizacji. Z każdym nowym rozdziałem przenosiłam się wraz z bohaterami w inne miejsce. Tak. To wszystko wymagało ode mnie dużej koncentracji.

Informacje o kolejnych etapach w dochodzeniu często wiodą tu prym nad budowaniem napięcia. Lęk towarzyszy lekturze jakby zza szyby. Coraz szybsze przerzucanie kolejnych kartek przyspiesza szybka akcja i wielokrotne próby zmylenia czytelnika. Mimo że wydawało mi się, że prawidłowo dopasowuję kolejne fragmenty układanki co jakiś czas okazywało się, że ktoś znów pomieszał mi elementy i muszę zacząć wszystko od nowa. Trzeba przyznać także, że nie można narzekać tu na brak trupów. Nawet fani historii z seryjnym mordercą w roli głównej znajdą tu coś dla siebie, choć to całkiem inna historia. Mimo że sceny tu przedstawione są pełne mroku to momentami wydają się melancholijne. Podobało mi się, że książka w dużej mierze koncentruje się na ukazaniu psychiki poszczególnych bohaterów, ich otoczenia. Jednak niestety ich uczucia są tu przedstawione nieostro. Przekaz jest jakby niemal pozbawiony wszelkich emocji. Momentami sprawia wrażenie bardzo rzeczowego. Zaciekawił mnie w tej lekturze również obraz ukazanych konsekwencji ambicji i marzeń. To jak cienka i krucha jest granica pomiędzy wyobraźnią a rzeczywistością. Mimo że można odnaleźć na końcu informacje kto jest kim w tej dość skomplikowanej układance niestety zbyt wiele pytań pozostaje tu bez odpowiedzi. Zakończenie mnie bardzo zaskoczyło...

czwartek, 29 października 2015

Paskudna historia - Bernard Minier

Tytuł: Paskudna historia
Tytuł oryginału: Une putain d'histoire
Autor: Bernard Minier
tłumaczenie: Monika Osiecka
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 6 października 2015
ISBN: 9788378187721
liczba stron: 432
kategoria: thriller
okładka: miękka ze skrzydełkami


Ta książka Bernarda Miniera jest inna niż "Nie gaś światła" (o której pisałam kiedyś na blogu). Akcja dzieje się na jednej z wysp archipelagu San Juan (blisko granicy pomiędzy USA i Kanadą), a głównymi bohaterami są nastolatkowie. Nie przepadam za takimi thrillerami. Wolę, gdy postacie są nieco starsze. Po rozpoczęciu lektury okazało się ponadto, że została ona napisana w przeważającej mierze w narracji pierwszoosobowej. Trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ miałam jeszcze w pamięci "Nie gaś światła", w której autor przekazał historię za pomocą narratora w trzeciej osobie. Wspominam tamtą powieść dobrze do tej pory. Niestety muszę przyznać, że początek tej książki był dla mnie nieco trudny i mało ciekawy. Na szczęście po jakimś czasie przywykłam do narracji a historia mnie wciągnęła...

Najważniejsze, że jest tu skomplikowana intryga i mnóstwo tajemnic. Może trudno w to uwierzyć, ponieważ akcja dzieje się na niewielkiej wyspie, gdzie wszyscy się znają. Jednak jak się okazuje każdy ma tu mroczne "grzeszki" na sumieniu i właśnie dlatego co i rusz autor zasypuje nas nowymi tropami. Na szczęście nic tu nie jest pozostawione przypadkowi. To właśnie lubię. Jak na "straszną" historię mamy tu oczywiście trupa, a podejrzewany przez organa ścigania bohater "bawi" się nawet w detektywa-amatora. Oprócz śledztwa pisarz zdecydował się dodatkowo poruszyć także ciekawe tematy. Dość szeroko omówił kwestię zagrożenia ze strony nowych technologii czy rodzin tworzonych przez osoby tej samej płci. Jako kolejny plus można tu wymienić atmosferę lokalizacji. Mgła, lasy, pagórki i deszcz. Zamknięta społeczność, odizolowane tereny. Dołączono nawet mapkę okolicy (zaznaczono na niej Glass Island) jednak podczas moich poszukiwań tej wyspy (tak - szukałam dość długo) na "google maps" i niestety jej nie odnalazłam. Może to jednak fikcyjne miejsce...

Historia zaczyna się spokojnie, bardzo powoli. Jak okazało się jednak to tylko cisza przed burzą. Niepokój i paranoja koncentrują się (jakby etapowo) wokół bohaterów jak głodne sępy. Nie znalazłam tu na szczęście podniosłego tonu a jednocześnie język nie otarł się o zbytnią prostotę. Czasem słuchamy opowieści z ust narratora wszechwiedzącego, innym razem głównego bohatera - 16-letniego Henry'ego. Momentami przeszkadzała mi niepotrzebna wulgarność. Dodatkowo niestety niektóre fragmenty historii zabrzmiały jak dla mnie trochę nieprzekonująco. Jakby pisarz obawiał się, że czytelnik nie zrozumie bardziej złożonych problemów i w efekcie maksymalnie je uprościł. Podobało mi się natomiast to, że Bernard Minier często pozwolił tu czytelnikowi na użycie wyobraźni. Zbudowanie obrazów z podpowiedzi. Na koniec nie mogę nie wspomnieć o tym, że ostatnich 50 stron zaparło mi dech w piersiach. Takiej końcówki nie przewidziałam. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że "Paskudna historia" to była dla mnie przyjemna rozrywka.

wtorek, 27 października 2015

Krwawe safari - Deon Meyer

Tytuł: Krwawe safari
Tytuł oryginału: Onsigbaar
Autor: Deon Meyer
tłumaczenie: Anna Sznajder
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 17 czerwca 2015
ISBN: 9788379993154
liczba stron: 472
kategoria: kryminał
okładka: miękka ze skrzydełkami


Mamy tu lekko wrażliwego macho, piękną kobietę, ekoterrorystów, skorumpowanych polityków, uprzedzenia rasowe i poszukiwania zaginionego dawno temu członka rodziny. Podążamy wraz z bohaterami za tropem. Po drodze napotykamy wiele niebezpieczeństw. Poznajemy także przeszłość twardziela odkrywaną po trochu w retrospekcjach. I w sumie można by powiedzieć, że książka niezbyt różni się od innych z tego gatunku gdyby nie fakt, że przypomina dość spory zbiór rozważań na temat zagadnień związanych z RPA...

Niby poznajemy coraz bardziej złożony obraz skomplikowanej intrygi, a jednak jednocześnie "wysłuchujemy" dość dużo wykładów na temat sposobu w jaki chciwi, bezmyślni ludzie niszczą naszą planetę. Niby czają się gdzieś w tej książce zadatki na całkiem przyzwoity kryminał, ale czytając ją trudno wskazać co można by uznać za prawdziwy cel piszącego ją Deona Meyera. Czy próbował napisać nieskomplikowaną historię? Moim zdaniem treść "Krwawego safari" można rozpatrywać jako swego rodzaju ostrzeżenie przed poważnymi szkodami w środowisku naturalnym RPA. A może książka miała za zadanie ukazać poszczególne etapy formowania się osobowości Lemmera, a jednocześnie narratora...

Mimo wszystko ton historii jest zarówno zabawny i zatrważający. Niestety pojawiające się "kadry z przeszłości" rozpraszają nieco napięcie. Na szczęście Deon Meyer dość dobrze połączył poszczególne elementy fabuły i umiejętnie wplótł w narrację najnowszą historię RPA. Podobało mi się to w jaki sposób autor ukazał tu kwestie polityczne, ochrony środowiska i kłusownictwa. Ponadto opisane tu miejsca robią wrażenie realnych. I co ważne pisarz zaoszczędził nam tu zbędnej szczegółowości. Zamiast tego jego proza zazębia się "gładko" z dialogiem, ukazując niesprawiedliwość, okrucieństwo, przemoc, zemstę, strach i życie w cieniu. Dodatkowo można dzięki niej "ujrzeć" malownicze widoki Czarnego Lądu.

Intrygują także bohaterowie. Stworzone przez Meyera postaci wydają się znajome, ale również tajemnicze. Większość książki napisano w narracji pierwszoosobowej (są tu też fragmenty przedstawione z punktu widzenia osoby trzeciej) i choć nie jestem zwolenniczką tego rodzaju narracji muszę przyznać, że w tym przypadku to połączenie sprawdziło się na piątkę. Niestety nie mogę pochwalić zakończenia (szczególnie sposobu, w jaki został rozwiązany główny wątek). Moim zdaniem jest nijakie. Po ukończeniu tej książki odniosłam wrażenie, że RPA to kraj ludzi, którzy niewiele lub w ogóle nie doświadczyli apartheidu lub o tym już zapomnieli...

Jeśli książka nie jest rodzajem krytyki społecznej, to nie skłamię jeśli napiszę, że dotyka wielu problemów społecznych i dodatkowo ukazuje je z różnych punktów widzenia. Wyziera z niej obraz RPA jako nowoczesnego kraju, uderzająco pięknego, z bezcennym dziedzictwem naturalnym, próbującego pogodzić się ze swoją przeszłością. I już na sam koniec. Nie mogę nie wspomnieć o tym, że jak podaje wikipedia "autor tworzy w afrikaans", więc nie wiem dlaczego wydawnictwo jako tytuł oryginalny podaje anglojęzyczny "Blood Safari". To mnie bardzo zdziwiło. Książka została w oryginale wydana pod tytułem "Onigbaar"...

poniedziałek, 26 października 2015

Otchłań - Robert J. Szmidt

Tytuł: Otchłań
Autor: Robert J. Szmidt
wydawnictwo: Insignis
data wydania: 26 sierpnia 2015
ISBN: 9788363944971
liczba stron: 416
kategoria: fantastyka
okładka: miękka


Dziś postaram się zwięźle ocenić nową książkę autorstwa Robert J. Szmidta "Otchłań". Nie mogę nie wspomnieć, że została ona dołączona do serii "Uniwersum Metro 2033" podobnie jak "Dzielnica obiecana" Pawła Majki (o której pisałam na tym blogu jakiś czas temu). Tak jak wspomniana przed chwilą książka (tam były schrony) akcja utworu Szmidta nie ma miejsca w metrze. Początkowo myślałam, że pisarz popuści wodze fantazji na tyle, że wykreuje w moim rodzinnym mieście metro. Jednak autor postanowił osadzić swą powieść we wrocławskich tunelach i kanałach. Nie powiem, żeby był to zły pomysł - jednak spodziewałam się metra. Rozumiem, że łatwiej jest wypromować kolejną książkę ze sławnej już serii, ale nie powinno się wprowadzać czytelnika w błąd...

Historia wiele czerpie z poprzednich, które ukazały się w tej serii. Trudno wymyślić coś innowacyjnego i zaskakującego czytelnika jeśli "Otchłań" to 64 książka jaka została wydana pod logiem "Uniwersum Metro 2033". Trochę dziwi mnie fakt, że w Polsce światło dzienne ujrzały tylko wybrane tytuły. Do tej pory jedynie dziesięć. Kto dokonuje selekcji i na jakiej podstawie - nie wiem, jednak na rynku rosyjskim od momentu premiery "Otchłani" już wydano kolejne 3 tytuły. Czy je kiedykolwiek poznamy? Na ten temat na razie cisza. Czy jakieś wydawnictwo pokusi się wypuścić na nasz rynek pozostałe książki z tej serii? Przyznam się, że chętnie bym je kiedyś poznała. Im szybciej tym lepiej. Wracając jednak do meritum. Schmidtowi udało się mimo wszystko kilka razy mnie zaskoczyć. Szczególnie jeśli chodzi o zapadającą w pamięć kreację Iskry czy ożywienie różnych stworów wyposażonych niekiedy w ciekawe zdolności. 

Ogólnie mówiąc opis otoczenia po wojnie nuklearnej prowadzi czytelnika prawie nad samą krawędź świata. Gdzie wyziera zewsząd desperacja, a ci którym udało się przetrwać są gotowi na wiele, aby tylko uciec przed śmiercią. Ma się wręcz wrażenie, że ludzie utracili swe człowieczeństwo. Stali się inni. Można pomyśleć, że to efekt procesu dostosowywania się do panujących warunków bytowych. Tylko czy faktycznie tak jest? Czy przekraczając ostateczną granicę można jeszcze zawrócić? (Uważam, że gdyby "wyciąć" elementy postapokaliptyczne stworzony tu przez pisarza świat byłby nawet dość podobny do współczesnego.) I w takich okolicznościach poznajemy Nauczyciela, który jako jeden z nielicznych jeszcze "nie zapomniał" o tym co było kiedyś. Wraz z niepełnosprawnym synem próbuje ochronić się przed niebezpieczeństwem. Zatem wyruszają ku bezpiecznemu miejscu.

Ich droga nie jest nudna, choć momentami akcja się trochę ślimaczy. (Trasę jaką pokonują nasi bohaterowie można śledzić na mapie tylnej okładki). Widoczny spadek tempa akcji wraz z zagłębianiem się w historii może niejednego niestety zniechęcić. Na szczęście z każdym ich krokiem ilość wrogów / przeszkód do pokonania rośnie prawie w tempie wykładniczym i to zachęca do dalszej lektury. Jednak niestety nasz główny bohater okazuje się mieć (moim zdaniem) jakieś nadprzyrodzone zdolności. W innym wypadku trudno mi jest uwierzyć w to, że z każdej potyczki wychodzi prawie bez żadnego zadraśnięcia. Hmm. To nie brzmi realnie nawet w obliczu faktów, że kiedyś był związany z wojskowością (ale to było bardzo dawno temu). Ponadto zdziwiło mnie, że to właśnie on (ten co nauczał następne pokolenia) niekiedy postępuje wbrew zdrowemu rozsądkowi. Jakby bał się zmienić wcześniej podjętą decyzję. Dodatkowo postać ta jest niby owiana tajemnicą, ale jak dochodzi do jej ujawnienia to można poczuć lekki zawód. I wspomnę jeszcze tylko, że to właśnie Nauczyciel jest tu narratorem. Szkoda. Przyznam, że chętniej widziałabym w tej roli Iskrę. Na szczęście autor nie poszedł w ślady swego polskiego kolegi po fachu (Pawła Majki w jego "Dzielnicy obiecanej") i oszczędza czytelnikowi fragmentów "pachnących" filozofowaniem i moralizowaniem. Nie zbacza tu także z raz obranego toru i trzyma się głównych wątków. Te elementy trzeba zaliczyć mu na duży plus.

Wiem, że powinnam już kończyć, jednak muszę jeszcze wspomnieć o postaci syna głównego bohatera - Niemocie. Odniosłam wrażenie, że to głuchonieme, opóźnione w rozwoju dziecko pełni w tej książce dziwną rolę. Autor przypomina sobie o nim czasami. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że "wykorzystuje" go jako tego, który jest jakby "zapalnikiem" zwrotów akcji. Ciekawe jak zostałaby poprowadzona akcja gdyby zabrakło Niemoty. Sami powiedźcie czy chcielibyście być takim bohaterem. Ja na pewno nie! Jeszcze zwróciły moją uwagę imiona stworzonych tu postaci - brzmiały jakoś znajomo. Czy niezbędne było kalkowanie z innych utworów? Nie lepiej nadawać oryginalnie brzmiące imiona bohaterom. I już na sam koniec jeszcze dodam, że książkę czyta się szybko (choć autor zamieścił tu dość długie opisy przyrody, za którymi nie przepadam). Tempa lekturze dodają duża czcionka, spore marginesy i krótkie rozdziały. Chwilami historia nawet lekko bawi (czarny humor), jednak nie śmiałam się od ucha do ucha. Trudno bowiem pękać ze śmiechu, gdy autor rysuje portret Polski i Polaków. I choć są to ludzie "postnuklearni" to jednak nie sposób nie ujrzeć w nich swego odbicia. To trochę smuci...

piątek, 23 października 2015

Angielski z kryminałem - The Chinese Puzzle - Kevin Hadley

Tytuł: The Chinese Puzzle
Autor: Kevin Hadley
wydawnictwo: Edgard
ISBN: 9788377883334
poziom: B2 - C1
ilość stron: 192
okładka: miękka

obecna cena: 16.90 zł

W każdej wolnej chwili staram się pracować nad poprawieniem mojego poziomu znajomości języka angielskiego. To jedyny język obcy, który znam na poziomie komunikatywnym. W dzisiejszych czasach już nikt nie pyta czy znamy ten język. Z góry się zakłada, że tak i dodatkowo wymaga się znajomości drugiego (najczęściej niemieckiego) albo i trzeciego języka obcego (włoskiego, hiszpańskiego, francuskiego czy nawet chińskiego). Muszę się Wam przyznać, że nie łatwo mi teraz idzie z nauką nowych języków obcych od podstaw. Już nie ten wiek (niestety). A gdy wiek był ku temu odpowiedni (7 - 18 lat) to górę wzięło lenistwo. Mówi się trudno, żyje się dalej. Zatem z zaciętością próbuję przypomnieć sobie język rosyjski, którego uczyłam się w szkole podstawowej (z czytaniem idzie mi lepiej niż z mówieniem). I jeszcze pracuję nad "odgrzebaniem" wiadomości z języka niemieckiego, którego odrobinę "liznęłam" w liceum (w tym przypadku największe problemy mam z rozumieniem ze słuchu - szczególnie w przypadku Bawarczyków). Muszę podkreślić, że nie przepadam za ślęczeniem nad długimi słupkami nowych wyrazów czy zwrotów do nauki. To bardzo nudne. Wolę przyswajać wiedzę mimochodem. Dlatego wyszukuję ciekawe (nieraz niezbyt standardowe) metody zdobywania wiedzy. Tym razem sięgnęłam po powieść kryminalną w języku angielskim na poziomie B2-C1 z ćwiczeniami. Może chwilami ten poziom okazał się odrobinę zbyt wysoki jak na moje umiejętności, ale lubię wyzwania...

Po lekturze muszę przyznać, że ta forma nauki mi bardzo odpowiada. Może nawet rozważę w niedalekiej przyszłości tą metodę w procesie nauki pozostałych języków (oczywiście na odpowiednich poziomach). Rozdziały książki nie są zbyt długie (2-3 stronicowe), nieznane słownictwo zostało przetłumaczone na marginesach (więc nie trzeba na szczęście korzystać ze słownika). Co trzy rozdziały są różnorodne ćwiczenia (w sumie rozdziałów jest 48, więc i ćwiczeń nie brakuje). Poczynając od zamkniętych testów wyboru poprzez wybór odpowiedniej formy z podanych, samodzielne tłumaczenie zwrotów, odpowiadanie na pytania otwarte, uzupełnianie luk w tekście, zdania prawda/fałsz, budowanie zdań z rozsypanki, łączenie znaczeń polskich i angielskich, stosowanie synonimów, antonimów, tłumaczenie zdań na język polski, łączenie wyrazów z ich angielskimi znaczeniami, znajdowanie niepasującego wyrazu wśród podanych, słowotwórstwo kończąc na szukaniu błędów w zdaniach. Jak sami widzicie jest tego sporo. Naliczyłam, że wszystkich ćwiczeń jest aż 80. Po takiej ilości ćwiczeń nawet te trudniejsze w zapamiętaniu zwroty weszły mi do głowy. W sumie nie miały innego wyjścia.


Z punktu widzenia ucznia ważnym elementem jest także to, że historia tu przedstawiona naprawdę wciąga. Mamy trupa, tajemnicę, detektywa, który dąży do rozwiązania sprawy mimo przeciwności i wreszcie skorumpowany świat. Nie nudziłam się ani przez chwilę. I jeszcze dodatkowo uczyłam się współczesnego słownictwa, a nie wyrazów już nieużywanych. Nie lubię czytać tekstów "nasączonych" zbędnymi zwrotami czy słowami, które mi się nigdy nie przydają w rozmowie z Brytyjczykiem czy Amerykaninem. Jaki jest cel zapamiętywania takich archaizmów? Książkę pochwalić trzeba także za zamieszczony na końcu alfabetycznie ułożony słowniczek. W momencie powtórek może okazać się bardzo przydatny. Prawie zapomniałabym wspomnieć o odpowiedziach do ćwiczeń. Oczywiście można je odnaleźć w tylnej części książki. Gdyby ich nie było robienie tych wszystkich ćwiczeń mijałoby się z celem. Pewnie jeszcze nie raz sięgnę po tego rodzaju książki. Lubię połączenie rozrywki i nauki...

środa, 21 października 2015

O... Henningu Mankellu

Henning Mankell w Nowym Jorku w 2011
źródło: Domena publiczna
Wywiad jaki przeprowadził Mariusz Czubaj opublikowany w "Polityce" z dnia 30 października 2004 roku.

Henning Mankell w "Polityce"
Diagnoza ze skarpetek
Rozmowa ze szwedzkim autorem kryminałów Henningiem Mankellem

Bohater pańskich powieści kryminalnych inspektor Kurt Wallander tropiąc kolejnych zbrodniarzy często zadaje sobie pytanie: Co stało się ze Szwecją? Zatem: co się z nią stało?

Gdy społeczeństwo przechodzi dogłębną przemianę – taką, jaką na przykład przechodziliście w Polsce po II wojnie światowej – zawsze znajdą się ludzie, którzy będą mieli poczucie, że utracili coś istotnego. I taki właśnie jest Wallander. Jest krytyczny w stosunku do rzeczywistości. A może lepiej powiedzieć, że jest zachowawczy: nie tyle poszukuje czegoś istotnego w przeszłości, ile ma poważne wątpliwości, czy zmiany, jakie w Szwecji się dokonują, są zmianami na lepsze.

W jednej z powieści Wallander pytany, co się zmieniło, mówi, że wyjaśnić to można na przykładzie skarpetek. Dawniej Szwed je cerował, dziś wyrzuca i kupuje nowe...

Wallander nie jest w stanie nadążyć za zmieniającym się modelem społeczeństwa, które dziś zmierza – od klasycznych idei państwa socjalnego, głoszonych zwykle przez socjaldemokrację – w kierunku wyznaczonym przez wartości rynkowe i konsumpcyjne. Nie znaczy to, by mój bohater uważał, że niegdyś wszystko było w porządku, widzi natomiast, że gwałtowne zmiany przypominają sytuację, w której wylewa się dziecko z kąpielą.

ciąg dalszy wywiadu można przeczytać tu - http://kryminal.ubf.pl/readarticle.php?article_id=159

******************************

Wywiad jaki przeprowadził Jacek Szczerba w 2005 roku.

Henning Mankell w "Gazecie Wyborczej"
źródło: http://wyborcza.pl/1,75475,2789194.html

Jestem poniekąd w konflikcie z moim bohaterem. Na pewno byśmy się nie zaprzyjaźnili - mówi Henning Mankell, szwedzki mistrz kryminałów, twórca postaci komisarza Kurta Wallandera.

Komisarz Kurt Wallander to człowiek wiecznie zmęczony, przepracowany, za dużo pije, ma nadwagę, rozszedł się z żoną. Przypomina trochę Johna Rebusa z książek Szkota Iana Rankina, więc może taka charakterystyka to także pochodna klimatu, w jakim obaj żyją? Bohaterowie kryminałów pisanych przez południowców - Montalbana czy Camilleriego - są pogodniejsi. To smakosze życia.

źródło: Domena publiczna
Wydaje mi się, że Wallander jest typowym Szwedem, a równocześnie jest bardzo europejski. To człowiek pełen pasji, miotany silnymi emocjami. Jest trochę hiszpański - nadal kocha swą żonę, choć od ich rozwodu minęły lata. Rzeczywiście dużo pracuje - to taki luterański etos pracy - jest melancholijny, trochę ponury.
Sądzę, że jedną z tajemnic jego sukcesu jest właśnie to, iż jest wyrazisty. Może przypominać bohatera Rankina, ale najbardziej przypomina samego siebie.

Mówi Pan w wywiadach, że nie lubi Wallandera, że gdyby usiadł obok, nie zostalibyście przyjaciółmi.

Lepiej jest pisać o osobie, której się nie lubi. To trudne pisać ciekawie o kimś, kogo kochasz. Nie porównuję się do Szekspira, ale myślę, że był bardziej twórczy, przedstawiając Jagona niż Otella. Mam z Wallanderem trzy wspólne cechy: ten sam wiek, obaj lubimy włoską operę, i obaj jesteśmy bardzo energiczni. Mam nadzieję, że traktuję kobiety dużo lepiej niż on.
Jestem poniekąd w konflikcie z moim bohaterem. Na pewno byśmy się nie zaprzyjaźnili.

dalszy ciąg wywiadu można przeczytać tu - http://kryminal.ubf.pl/readarticle.php?article_id=153

******************************

Henning Mankell: kroniki umierania
źródło: http://ksiazki.onet.pl/henning-mankell-kroniki-umierania/jjv3c

W trakcie swojej, trwającej już niemal pół wieku, kariery literackiej szwedzki pisarz Henning Mankell, najlepiej znany za sprawą serii kryminałów o Kurcie Wallanderze, zapisał kilka milionów słów, z których wiele dotyczyło okrutnych zbrodni. Jednak mało które zdania niosły za sobą równie przygnębiające przesłanie, jak te opublikowane w zeszłym tygodniu na łamach gazety "Göteborgs-Posten".

"Kiedy następnego dnia po badaniach wróciłem do Göteborga, otrzymałem diagnozę raka o wysokim stopniu zaawansowania" - oznajmił czytelnikom. Mankell udał się do ortopedy w Sztokholmie, jak sądził, by zasięgnąć porady odnośnie wypadającego dysku, ale testy wykazały, że ma guz w lewym płucu, kolejny w nerce, a wyniki sugerują, że nowotwór dał przerzuty również na inne organy.


******************************

Wywiad z Henningiem Mankellem
autor: LubimyCzytać
źródło: http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/5090/wywiad-z-henningiem-mankellem

Henning Mankell stoi na patio i trzymając ręce w kieszeniach, delektuje się widokiem. Pisarz mieszka w wiosce na wzgórzu, około 40 kilometrów na południe od Göteborga. Widok na morze zapiera dech w piersiach. Wieczorem Mankell widzi stąd światła statków płynących z Oslo do Kopenhagi. Wiosną spędzał godziny słuchając śpiewu kosa.  Kilka tygodni temu, kiedy poczuł się lepiej, Patti Smith zagrała tutaj prywatny koncert.

67-latek, znany głównie jako autor bestsellerowych powieści kryminalnych o Kurcie Wallanderze, częściej mówi ostatnio o raku niż o medycynie sądowej. Od momentu poznania diagnozy, w styczniu zeszłego roku, pisze na blogu o swoim strachu, bólu i woli życia. Jego szanse wyglądają w tej chwili lepiej niż jakiś czas temu – pozostał mu tylko mały guz w lewym płucu, a lekarze twierdzą, że dadzą sobie z nim radę.


******************************

Henning Mankell: Niezwykłe życie całkiem zwykłego pisarza
autorka: Sylwia Arlak
źródło: http://www.polskatimes.pl/artykul/805574,henning-mankell-niezwykle-zycie-calkiem-zwyklego-pisarza,id,t.html?cookie=1

Ostatnia powieść Mankella, wydana właśnie w Polsce pod zagadkowym tytułem "Mózg Kennedy'ego'', kolejny raz dotyka tzw. trudnych społecznie tematów. Zaskakuje, budzi przestrach, ale jednocześnie intryguje pisarskim kunsztem - pisze Sylwia Arlak.

Opasła książka "Mózg Kennedy'ego", zamykająca dotychczasową bibliografię popularnego Szweda, to zarazem opis podróży do Afryki oraz w głąb podwójnego życia Henryka Cantora. Sęk jednak w tym, że niedługo po tym, jak wpada na trop jednej z afer, Cantor zostaje zamordowany. Co prawda wszystkie okoliczności wskazują na samobójstwo, lecz matka bohatera kierowana przeczuciem, nie oglądając się na policję, postanawia dojść do prawdy sama. Znajdzie ją dopiero na Czarnym Lądzie.

poniedziałek, 19 października 2015

Afgańska perła - Nadia Hashimi

Tytuł: Afgańska perła
Tytuł oryginału: The Pearl That Broke Its Shell
Autor: Nadia Hashimi
tłumaczenie: Monika Pianowska
wydawnictwo: Kobiece
data wydania: 22 października 2015
ISBN: 9788365170057
liczba stron: 469
kategoria: literatura współczesna
okładka: miękka


"Afgańska perła" to opowieść o kobiecej bezsilności, walce o wolność w kwestii decydowania o własnym losie. Historia ukazuje także kulturę, zwyczaje i tradycje w Afganistanie. Akcja dzieje się w dwóch czasoprzestrzeniach. Mimo że losy bohaterek dzieli niemal 100 lat to jednak nie trudno zauważyć, że niewiele zmieniło się w tym kraju przez ten okres czasu. Kobiety nadal traktowane są jak rzecz. To mężczyźni podejmują za nie ważne, życiowe decyzje. Niektóre dziewczynki są nawet "przemieniane" w chłopców według starożytnego zwyczaju...

Narracja najczęściej zmienia się tu zależnie od wiodącej postaci w poszczególnych fragmentach historii. Raz słyszymy Rahimę, innym razem jej antenatkę - Szekibę. Ta naprzemienna relacja powoduje, że lekturę czyta się z zaciekawieniem. Niestety autorka nie uniknęła kilku błędów i nieraz punkt widzenia w narracji zmienia się bez powodu. Ten fakt bardzo mi przeszkadzał. Smuci to, że mimo że kobiety żyją w innych czasach ich historie są bardzo podobne. Pełne strachu, ucisku, przemocy i niesłabnącej nadziei. Nie łatwo mi się czytało o ich dramatycznym losie. Dość szczegółowe opisy unaoczniają jakim był i nadal jest ten kraj. Bardzo ciekawym elementem jest ukazanie tu poglądów Afgańczyków na różne tematy. Te fragmenty nadają lekturze wartości dodanej. Niestety początek historii jest nieco wolny. Denerwuje także fakt, że postaci są jednowymiarowe. Dobre lub złe. Ponadto pisarka wiele kwestii nie wyjaśniła. Szkoda, że te bardziej intrygujące wątki nie zostały tu rozwinięte. Wygląda to tak, jakby książka miała mieć kontynuację. Nie zadowoliło mnie również zakończenie. Treść ostatniego rozdziału wydaje się nie pasować do tych, które go poprzedzają.

Cieszy natomiast to, że przekaz wydaje się bezstronny. Niestety styl autorki jest bardzo nierówny. Raz brzmi szorstko, innym razem prawie poetycko. Zdania są tu skomplikowane albo brzmią zbyt prosto. Niekiedy ma się wrażenie, że przekaz bazuje na schemacie: stało się to, czułem to i wtedy to się stało, a to zrobiłem. Niekiedy miałam wrażenie, że mam do czynienia ze swego rodzaju raportem ze zdarzeń. Ponadto można tu odnaleźć bardzo dużo dialogów. Nie powiem, że jestem zaciekłą ich przeciwniczką, ale co za dużo to niezdrowo. Niestety moim zdaniem autorka przesadziła tu z ich ilością. Trochę psuł mi lekturę również fakt, że niekiedy wspomina się tu o nierzeczywistych lokalizacjach. Nie wiem po co. Podsumowując - poruszana tu tematyka bardzo wzrusza i interesuje, ale sposobu przekazu w tej pozycji niestety nie mogę zaliczyć do jej zalet...

sobota, 17 października 2015

Cynicy - Anatolij Marienhof

Tytuł: Cynicy
Tytuł oryginału: Циники
Autor: Anatolij Marienhof
tłumaczenie: Henryk Chłystowski
wydawnictwo: PIW
data wydania: luty 2011
ISBN: 9788306032987
liczba stron: 187
kategoria: literatura współczesna
okładka: miękka


Wydana po raz pierwszy w języku rosyjskim w 1928 roku w Berlinie książka "Cynicy" to utwór autorstwa rosyjskiego poety i pisarza, który w rok po ukazaniu się wywołał bardzo wiele kontrowersji. W ZSRR jej premiera została po namyśle odwołana i utwór nie ujrzał światła dziennego przez następnych 60 lat. Z powodu tej książki dalsza twórczość Marienhofa nie istniała. Książka uczyniła z niego w Związku Radzieckim "personę non grata". Zanikł także imażynizm...

Książka została uznana w ZSRR za utwór, który ukazał tamte czasy w sposób niewłaściwy. Dopiero w 1988 roku Rosjanie mogli się z nią zapoznać. Byłam ciekawa cóż tak kłopotliwego dla ówczesnych władz radzieckich odnajdę w "Cynikach"? Zatem autor opowiada tu o latach 1918-1924. Dodatkowo mocno podkreśla kontrasty społeczne i mimo że postaci tytułowych cyników są wymyślone można odnaleźć w nich cechy charakterystyczne dla osób wtedy żyjących. Książka jest zatem niby zbiorem luźno powiązanych fragmentów, ale jednak cały czas natykamy się tu na aluzje do wydarzeń z tamtych lat. Po pewnym czasie historia o miłości zaczyna wydawać się tylko przykrywką. Jakby oznaki miłości stawały się pretekstem do manifestu przeciw władzy. Jednak bohaterowie wydają się pasywni. Żeby to podkreślić pisarz umieszcza ich w świecie obiektów bardziej żywych niż oni sami. Zatem ludzie stają się prawie rzeczami lub zwierzętami a miasto staje się prawie ludzkie. Przemiany te przypomniały mi utwory Franza Kafki czy Bruno Schultza.

Powieść dziwi także formą przekazu. Niektórzy uważają, że duży wpływ na ten fakt miała praca autora jako kierownika działu scenariuszy w wytwórni filmowej "Proletkino". Podobieństwo "fabuły" do filmów w reżyserii Siergieja Eisensteina czy Wsiewołoda Pudowkina jest znaczne. "Cynicy" opowiadani są jakby w formie eksperymentalnego montażu. W krótkich odcinkach. Poznajemy historię poprzez obrazy, niespójną narrację, luźne połączenie kronik historycznych, niby dokumentalnych fragmentów z fikcją literacką. Tak. To główne cechy imażynizmu, do którego zaliczany jest ten utwór. Nie jestem jednak do końca pewna, który z poruszonych tu wątków jest wiodący. Może miłosny, może historyczny. Ponadto można w niej odnaleźć niejasne aluzje do przyjaźni autora z Siergiejem Jesieninem czy zafascynowanie pisarza twórczością Oskara Wilde'a. Każdy fragment przedstawia jakby inne spojrzenie na wydarzenia. Trochę przypomina mi to nagłówki gazet.

Podsumowując "Cynicy" to powieść o brudzie ówczesnych czasów, o próbie przetrwania pary darzącej się czystą miłością pośród nędzy społecznej. A może książka jest dowodem na antysystemową postawę autora. A kim są tytułowi cynicy? Może to bezradni i zrozpaczeni ludzie, którzy nie mają dokąd uciec przed rewolucją socjalistyczną. A może książka jest "kpiną ze zdegenerowanej sztuki burżuazyjnej" jak próbował przekonywać sam twórca. Marienhof precyzyjne, zwięźle, autoironicznie, uszczypliwie kontaktuje się tu z czytelnikiem. Czarny humor i absurd przedstawionych tu obrazów, które zostały tak mocno tu spiętrzone, może wydawać się kolejnym zaproszeniem do śmiechu. Jednak śmiech ten grzęźnie w gardle. I tak dochodzimy na skraj przepaści. Bez moralizowania czy sentymentalizmu...

czwartek, 15 października 2015

Sklepy cynamonowe - Bruno Schulz

Tytuł: Sklepy cynamonowe
Autor: Bruno Schulz
wydawnictwo: MG
data wydania: 24 stycznia 2013
ISBN: 9788377791219
liczba stron: 255
kategoria: literatura piękna
okładka: twarda


Gdyby Zofia Nałkowska nie wyraziła się pozytywnie o "Sklepach cynamonowych" to może ten zbiór nigdy nie ujrzałby światła dziennego. A to przecież był pierwszy krok ku sławie Bruno Schulza. Obecnie odbywa się we Wrocławiu Festiwal ku jego pamięci (więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ), a ja właśnie przeczytałam już po raz drugi "Sklepy cynamonowe". Spieszę zatem podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat tego zbioru opowiadań.

Utwory Bruno Schulza to połączenie wspomnień, marzeń. To mieszanka realizmu z fantastyką. Te opowiadania nie mają ani początku, ani środka i ani końca. Akcja dzieje się w galicyjskim miasteczku, które bardzo przypomina rodzinne miasto pisarza Drohobycz. Mamy tu 15 rozdziałów, z których każdy koncentruje się na innej części miasta lub na innym aspekcie z życia rodzinnego bohaterów. Każda historia zaczyna się opisem środowiska, a następnie przenosimy się na tereny, gdzie obcy psychologiczne niepokój miesza się z faktami. Nie brak w tych opowiadaniach elementów mitycznych czy nawiązań do innych dzieł literackich. Budynki tu opisane odzwierciedlają cechy kultury, tradycji żydowskiej i obraz stopniowego procesu upadku, rozkładu. Świat tu ukazany wydaje się labiryntem. Wiele tu się dzieje bez oczywistego powodu. Główną postacią wydaje się na pierwszy rzut oka ojciec, oszalały sklepikarz, który stopniowo przeistacza się w mitologiczną istotę. Jednak narratorem i wiodącym bohaterem okazuje się młody chłopiec, dzięki czemu odkrywamy świat, który go otacza oczami dziecka.

Tempo lektury można nazwać ospałym. Język Schulza jest bogaty i unikalny. Pełen ekscentrycznych metafor. Bruno Schulz odmalowuje tu obraz życia ludzi, a jednocześnie snuje rozważania na temat ich roli w kosmosie. Nie ma tu standardowej fabuły. Wraz z zagłębianiem się w lekturę niektóre postaci powoli zanikają, żeby po pewnym czasie się odrodzić. Pisarz ożywia przedmioty martwe i przedstawia ludzi jako zwierzęta. Muszę przyznać, że te metamorfozy brzmią prawie jak u Franza Kafki. Można tu także odnaleźć nawiązania do skojarzeń z ciemnością i jasnością. Tutaj brzydkie staje się piękne a piękne staje się brzydkie. Twórca używa wielu złożonych zdań i nieznanych, staromodnych i dawno zapomnianych słów. Wybiera je, komponuje, a czasami nawet wymyśla. Brak tu dialogów. Proza wydaje się malować świat ze snu pijanego albo przywracać do życia nocne koszmary szaleńca, jego paranoiczne fantazje. Zwidy człowieka ogarniętego bólem, pragnącego pamiętać o przeszłości za wszelką cenę. Całość dopełniają czarno-białe ilustracje rysunków autora (niektóre z nich można zobaczyć TUTAJ). Surrealistyczne, niekiedy wręcz dziwaczne. Pasujące do tego zbioru idealnie...

wtorek, 13 października 2015

Warszawski Niebotyk - Maria Paszyńska

Tytuł: Warszawski Niebotyk
Autor: Maria Paszyńska
wydawnictwo: Czwarta Strona
data wydania: 9 września 2015
ISBN: 9788379762958
liczba stron: 432
kategoria: powieść obyczajowa / powieść historyczna
okładka: miękka


Tytułowy warszawski Niebotyk to budynek - Prudential. Maria Paszyńska poświęciła mu trochę uwagi w tej powieści. W 1934 roku był najwyższym (66 metrów) w Polsce i drugim w Europie. Warszawiacy byli z niego bardzo dumni i szybko stał się jednym z symboli tego miasta. Na jego dachu uruchomiono w 1939 roku pierwszy nadajnik telewizyjny. Niestety wieżowiec został zniszczony w trakcie Powstania Warszawskiego. W 1954 roku go odbudowano i przerobiono na Hotel Warszawa. Obecnie niszczeje, ponieważ z powodów prawnych nie można go odnowić.

Zniszczony budynek Prudentialu w 1945 r.
– widok od strony placu Powstańców Warszawy
źródło: Domena publiczna
Pozostali wiodący bohaterowie to młodzi mieszkańcy stolicy, którzy chwilami wydają się tu ukazani zbyt pozytywnie. Niby zdarzają się postaci mniej kryształowe, jednak trzeba ich szukać wśród tych drugoplanowych. Początkowo męczy nieco również ilość pojawiających się tu osób. Jednak zgrabne połączenie relacji międzyludzkich z opisami przedwojennej Warszawy łagodzi te wady. I choć na początku wydaje się, że miasto jest tylko tłem wydarzeń, z każdą kolejną stroną powoli staje się ważnym (jak nie najważniejszym) z bohaterów. Zatem rozpoczęłam niespieszny spacer ulicami Paryża Wschodu. Nie raz także wsiadłam z bohaterami do elektrycznego tramwaju. Opisanego tu świata próżno dziś szukać. Zniknął. Odszedł w zapomnienie. Momentami ma się wrażenie, że był wręcz idealne. Nie ma już ludzi, jakich ukazała w tej powieści pisarka. Można powiedzieć, że czasy kształtują osobowości. A może jest na odwrót. Cieszy również fakt, że można tu spotkać postaci historyczne. To moim zdaniem powoduje, że powieść sprawia pozory bardziej realnej.

Prudential widziany
z placu Powstańców Warszawy (2015)
źródło: Domena publiczna
Początkowo trochę mi brakowało dialogów. Uwierzcie - jest ich tu naprawdę niewiele. Jednak z czasem o tym zapomniałam. Aż sama się zdziwiłam. Długie opisy w innych książkach najczęściej doprowadzają mnie do pasji szewskiej. Krótko mówiąc psują odbiór lektury. Tu było inaczej. Autorka mnie wprost zaczarowała słowem. Pisarka uchyliła także rąbka tajemnicy w kwestii przemyśleń swych postaci. Momentami dzięki narratorowi wszechwiedzącemu wiedziałam nawet więcej niż bohaterowie. I to lubię. Uważam, że Maria Paszyńska świetnie dopasowała słownictwo do ukazanego tu świata. Pozbawione nowomowy, jakby lekko uszlachetnione tworzy niepowtarzalną atmosferę. Brak tu także scen przemocy czy dość popularnych obecnie wątków erotycznych. Jak widać można napisać udaną powieść bez tych "smaczków". To zaliczam również na duży plus. Czas płynie tu powoli. Nikt nie goni za sukcesem. Ludzie kierują się honorem. Można spokojnie usiąść i przez dłuższą chwilę porozmyślać. Aż żal, że tamte czasy minęły bezpowrotnie. Niestety zakończenie mnie rozczarowało. Jak dla jest zbyt melodramatyczne. Muszę jednak przyznać, że to właśnie dzięki tej książce poczułam ogromną ochotę, żeby wreszcie odwiedzić to miasto...

Wywiad z autorką: KLIK
Etapy budowy Prudentiala w formie starych fotografii: KLIK

poniedziałek, 12 października 2015

Z szynką raz! - Charles Bukowski

Tytuł: Z szynką raz!
Tytuł oryginału: Ham on Rye
Autor: Charles Bukowski
tłumaczenie: Michał Kłobukowski
wydawnictwo: Noir sur Blanc
data wydania: maj 2015
ISBN: 9788373925274
liczba stron: 317
kategoria: literatura współczesna
okładka: miękka ze skrzydełkami


I znów spotkałam alter ego pisarza - Henry'ego Chinaskiego. Wcześniej poznałam go w "Listonoszu" "Najpiękniejszej dziewczynie w mieście". Tym razem stanęłam oko w oko z dramatycznymi opisami jego lat dzieciństwa i dorastania. Przepełnionymi przemocą. Nie da się ukryć, że ten okres miał istotny wpływ na jego dalsze życie. Powoli, wraz z zagłębianiem się w lekturze rysował się w mej wyobraźni portret wyrzutka. Surowy, brutalny. Z każdej strony tej lektury bije poczucie wyobcowania. Książkę można nawet nazwać głosem zagubionych, zdesperowanych a nawet przegranych. Ponadto Ci, którzy lubią czytać o USA odnajdą tu nieupiększony obraz tego kraju z lat 1920-41.

Nie będę ukrywać, że treść książki jest jasna, ostra i bezpośrednia. Momentami utwór jest nawet odrobinę ironicznie zabawny. Dedykacja "dla wszystkich ojców" jest moim zdaniem jednocześnie oskarżeniem i hołdem dla każdego poniżanego. Rozdziały są tu luźno powiązane. Skupiają się raczej na poszczególnych wspomnieniach. Autor nie zapomniał także o "wzbogaceniu" swej prozy licznymi wulgaryzmami. Z mojego punktu widzenia historia tu opowiedziana jest fascynująco sadystyczna a nawet fatalistyczna. Pełna smutku i nieokiełznanej wściekłości. Bukowski nie lituje się tu nad swym bohaterem a jednocześnie hipnotyzuje czytelnika. Autor opisał tu rodzaj niepokoju społecznego i upokorzenia. Książka jest także pełna młodzieńczej frustracji seksualnej. I nienawiści. Powieść dotyka także trudnego tematu jakim jest alkoholizm. Ukazuje nieco mizoginiczną postawę głównego bohatera, jednak uczciwość przekazu i bijące z niej pragnienie znalezienia prawdy i wolności zachęca do ukończenia lektury. Bez metafor...

czwartek, 8 października 2015

Wyklęci - Olga Haber

Tytuł: Wyklęci
Autor: Olga Haber
wydawnictwo: Videograf
data wydania: 3 czerwca 2015
ISBN: 9788378353959
liczba stron: 325
kategoria: horror
okładka: miękka ze skrzydełkami


Na brak trupów nie można tu narzekać, jednak nie nazwałabym tej książki powieścią grozy. Początkowo przypomina kryminał. Później autorka dodała odrobinę elementów fantastycznych. Choć czarna magia w zestawieniu ze współczesnością daje szerokie pole do popisu niestety ani przez chwilę nie poczułam strachu, a właśnie dreszczyku niepokoju oczekiwałam po tego rodzaju historii. Trzeba jednak przyznać, że pisarka dość zgrabnie połączyła wszystkie te elementy, jednak kilka faktów mocno rozpraszało mnie podczas lektury "Wyklętych".

Niby krwawe sceny są tu praktycznie na każdej stronie, ale nie wywołują trwogi. Raczej przesyt. Ich szczegółowe opisy wprawiały mnie raczej w obrzydzenie niż przerażenie. Drażnił mnie także brak informacji w kwestii dlaczego ofiary zostały zabite. A trzeba podkreślić, że postaci epizodyczne giną tu jak muchy i po pewnym czasie staje się to dość przewidywalne. Dodatkowo autorka przedstawiła bohaterów płci męskiej w sposób negatywny. Zdenerwowała mnie także nieudolność stróżów prawa. Byłam świadkiem przesłuchań dokonywanych jakby na odczepnego. Niestety kwestia oględzin miejsc zbrodni potraktowana została tu podobnie. Jednak może w tym przypadku należałoby zaliczyć te elementy na plus. Może autorka próbowała ukazać jak najdokładniej realia pracy polskiej policji. Jeśli spojrzeć z tego punktu widzenia to nie dziwi fakt, że na właściwy trop organy ścigania nie wpadły tu same. Bardzo natomiast zaskoczyło mnie, że tak dużo miejsca pisarska poświęciła tu tematowi jedzenia. Jakbym miała ochotę na czytanie o różnych potrawach, przekąskach, słodyczach to sięgnęłabym po książkę kucharką a nie powieść grozy.

Cmentarz, pentagram, nadprzyrodzone moce były jedynie próbami wprowadzenia odpowiedniej atmosfery niepokoju, jednak nic z tego nie wyszło. Autorka poruszyła tu także problem traktowania kobiet w tzw. "zawodach męskich", lecz potraktowała to jakby dodatek. Szkoda. Jako duży plus można tu wymienić fakt zastosowania odpowiedniego, dosadnego słownictwa. Tak. Mało kto tu nie klnie, ale ten rodzaj wysławiania się pasuje do opisywanych tu środowisk. Spodobało mi się także to, że mogłam wniknąć do świata mordercy. Poznać jego punkt widzenia. Ciekawie również zostało przedstawione życie prywatne bohaterów, jednak to nie wątek obyczajowy jest tu wiodącym. Niestety bardzo rozpraszały mnie liczne błędy interpunkcyjne i wielokrotnie powtarzane zdania. Ponadto dialogi niczego tu nie wyjaśniają. Po prostu są. Nie potrafię także wytłumaczyć sobie w jakim celu zostały tu przytoczone sprawy kryminalne z przeszłości. Sprawiały wrażenie zapchaj dziury. Dużym mankamentem moim zdaniem jest również fakt, że prawie od pierwszych stron wiedziałam kim jest zbrodniarz...

środa, 7 października 2015

Cesarski tron. Żelazo i rdza - Harry Sidebottom

Tytuł: Cesarski tron. Żelazo i rdza
Tytuł oryginału: Throne of the Caesars: Iron and Rust
Autor: Harry Sidebottom
tłumaczenie: Marta Jabłońska-Majchrzak
wydawnictwo: Rebis
data wydania: 25 sierpnia 2015
ISBN: 9788378187011
liczba stron: 446
kategoria: powieść historyczna
okładka: miękka


Rok 235. Zostają zamordowani ostatni członkowie dynastii Sewerów. Nowym cesarzem Rzymu zostaje wybrany mężczyzna spoza "właściwego" grona - Maksymin Trak. W ten oto sposób człowiek z nizin społecznych wkracza w nieznany mu świat - intryg, morderstw i walki o władzę. Prawie każdy z jego otoczenia staje się jego wrogiem...

Na początku nie było mi łatwo wniknąć w świat tworzony przez Harry'ego Sidebottoma. Pojawia się tu bardzo wielu bohaterów, a akcja ciągle przenoszona jest pomiędzy kilkoma lokalizacjami. Na szczęście zamieszczono informację o dacie i miejscu na początku każdego rozdziału. Dodatkowo lekki chaos wywołało to, że autor zdecydował się na kilku narratorów. Początkowo sprawiało mi to dość duży problem, ale z czasem okazało się że dzięki temu poznałam wiele punktów widzenia w różnych kwestiach. Trzeba pochwalić pisarza za fakt, że dobrał narratorów na podstawie kontrastu pod względem pochodzenia czy płci. Nawet informacje o bohaterach drugoplanowych wiele tu wnoszą w kwestii budowy obrazu imperium rzymskiego z tamtych czasów. Niestety trzeba zaznaczyć, że chwilami autor skupił się zbyt bardzo na wyjaśnianiu relacji łączących poszczególnych bohaterów, czy charakterystyce postaci. Dużo miejsca poświęcił także na opisy zabytków kultury, obyczajów. Te fragmenty z pewnością nie przyspieszają tu akcji.

Nie można nie wspomnieć, że dużym walorem w tej powieści są opisy scen batalistycznych. Czytając je czułam prawie pot i krew walczących żołnierzy. Dodatkowo autor uczynił bohaterami swej powieści postaci historyczne, a ich kolejne przygody to fakty z tamtych czasów. Potraktowałam to jako ciekawą lekcję o starożytności. Niestety lekturę trochę popsuł fakt, że autor nie ukazał prawie wcale emocji i motywacji swych bohaterów. Dziwne się także wydaje, że pisarz często odnosił się w powieści do finansów imperium rzymskiego, ale nigdzie nie wspomina o początkach jego kryzysu. Szkoda też, że napięcie wzrastało tu tak bardzo powoli. Jako zaletę można uważać pojawienie się tu wielu zwrotów łacińskich choć nie powinno to dziwić. Mamy przecież do czynienia tu z czasami starożytnymi. Ponadto dołączono 5 map, słownik zajmujący 33 strony i rozbudowany skorowidz postaci (20 stron), które okazały się bardzo przydatne. Przyznam się, że w żadnej powieści jeszcze nie spotkałam tak obszernych dodatków. Ciekawe jakie będą kolejne tomy tego cyklu...

niedziela, 4 października 2015

Ścieżki północy - Richard Flanagan

Tytuł: Ścieżki północy
Tytuł oryginału: The Narrow Road to the Deep North
Autor: Richard Flanagan
tłumaczenie: Maciej Świerkocki
wydawnictwo: Literackie
data wydania: 8 października 2015
ISBN: 9788308060391
liczba stron: 473
kategoria: literatura współczesna
okładka: miękka


Historia ta powstawała bardzo powoli. Pisarz wiele razy rozmawiał na ten temat ze swym ojcem. Odwiedził także Japonię i tam spotkał się osobiście z wieloma byłymi strażnikami obozu jenieckiego. Flanagan ukończył powieść dopiero po 12 latach. Pogarszający się stan zdrowia jego ojca zmobilizował autora do szybszej finalizacji powieści. W tej nagrodzonej Bookerem powieści twórca wspomina jednocześnie o okrucieństwie wojny, ulotności życia i niespełnionym uczuciu. Wypada także wspomnieć, że tytuł tej książki nawiązuje do dzieła Bashō Matsuo. Historia została zainspirowana losami ojca autora, który był jeńcem wojennym podczas II wojny światowej i pod przymusem brał udział w budowie kolei śmierci.

Pisarz skupił się tu na ukazaniu losów poszczególnych bohaterów, ich moralnych dylematów. Dużo miejsca poświęcił postawie głównej postaci, która jest jakby ogniwem łączącym ofiary i ich ciemiężycieli. Ten smutny obraz z przeszłości trochę rozświetla wspomniana tu miłość do literatury i wątek romantyczny. To pewnie do tego ostatniego nawiązuje polska okładka. Momentami, podczas lektury, wydawało mi się, że autor użył zbyt kwiecistego języka i za dużo metafor. Jego styl można nazwać nawet trochę wydumanym. Brak tu równowagi pomiędzy poruszaną tematyką i sposobem przekazu. Niestety podszedł do tego tematu zupełnie inaczej niż twórca Mostu na Rzece Kwai. Flanagan jednocześnie wiąże i rozłącza. Nie ma tu symetrii. Dodatkowo narrator często skacze w czasie, zmienia perspektywę i lokalizacje. Historia składa się jakby z odcinków, które nie zawsze łączą się w całość.

Główna postać - Dorrigo Evans - to człowiek pełen sprzeczności: jednocześnie chroni współwięźniów i walczy z własnymi demonami. Pozostali bohaterowie są niejednoznacznie moralni. Niekiedy wydaje się nawet, że oprawcy są jednocześnie ofiarami kultu bohatera i codziennej brutalności, świadomie tłamszonej empatii. Z kart książki powoli wyłania się portret stopniowego przełamywania ducha jeńców. Opisy warunków bytowych więźniów i okrucieństwa strażników są tu bardzo szczegółowe. Momentami może to przypominać nawet katalogowanie. Jednak wydaje się, że za ich pomocą Flanagan próbował uchwycić prawdę o świecie, w którym przemoc jest wieczna. Nie przesadzę, gdy napiszę że ta lektura to obraz złego oblicza człowieka. Momentami nagromadzona przemoc wręcz odpycha.

Nie można powiedzieć, że czyta się tę historię przyjemnie. Powieść jest w przeważającej mierze bardzo ponura. Ukazuje nienawiść, uprzedzenia, śmierć. Chociaż można tu odnaleźć fragmenty przypominające prozę Ernesta Hemingwaya, są tu też treści od tego poziomu mocno odstające. Niekiedy ma się wrażenie, że Flanagan pisząc miał halucynacje. Należałoby się zastanowić czy ukazywanie tych wszystkich wątków było konieczne. Wydaje się, że autor miał problem z podjęciem decyzji jak tę historię zakończyć. Wplecione w tekst haiku raczej lektury nie ułatwia. Ponadto mizoginizm, w który obdarzył autor swych męskich bohaterów może zepsuć odbiór tego utworu niejednemu czytelnikowi...

czwartek, 1 października 2015

Wyniki konkursu comiesięcznego

Witam,

We wrześniu wylosowałam 4 osoby:

kanwuje czytam testuję
(Półpełny i Brudne historie)

Alek

(Czuły punkt i Skowyt)

Michalina Dabrowska

(Senni zwycięzcy i Osiem)

Paweł Richert

(Człowiek z Palermo i Dzień drogi do Meorii)


gratuluję

a pozostałych zapraszam
do konkursu comiesięcznego ponownie ;)


w październiku czeka na Was wiele książek do wyboru w


pozdrawiam