wtorek, 30 czerwca 2015

Listy niezapomniane - Shaun Usher

Tytuł: Listy niezapomniane
Tytuł oryginału: Letters of Note
Autor: Shaun Usher
tłumaczenie: Jakub Małecki
wydawnictwo: SQN
data wydania: 6 maja 2015
ISBN: 9788379243327
liczba stron: 416
kategoria: listy / biografia
okładka: twarda


To zbiór 126 listów, które zostały wybrane przez Shauna Ushera z jego kolekcji. Jak chcecie dowiedzieć się więcej na ten temat to zerknijcie na jego bloga - www.lettersofnote.com. Popularność mierzona ponad 70 milionami odwiedzin bloga podsunęła autorowi pomysł wydania części swych zbiorów w formie papierowej. Jak można przeczytać na jego blogu niedługo ukaże się kontynuacja Listów niezapomnianych...

Hmm. Zaczęłam się zastanawiać co też tak ciekawego mogą zawierać te listy, że tak wiele osób odwiedzało bloga autora. Kim są ich nadawcy? Tak. Oczywiście do wersji papierowej wybrano raczej znane, często kontrowersyjne osoby. Nie ma co ukrywać, że gdyby były to tylko listy pisane przez zwykłych, szarych ludzi niewielu chciało by poznać. Zatem znalazłam tu korespondencję Virginii Woolf, Królowej Elżbiety II, Gandhiego, Winstona Churchilla, Leonardo da Vinci, Elvisa Presleya, Fidela Castro, Fiodora Dostojewskiego, Karola Darwina, Alberta Einsteina, Johna F. Kennedy’ego, Charlesa Dickensa, Kurta Vonneguta i wielu innych... Dodano tu także listy pisane przez zwykłych obywateli...

Mile zaskoczyło mnie wiele zamieszczonych tu reprodukcji oryginalnych rękopisów. Nieraz z powodu braku możliwości załączenia w/w Usher dodawał fotografie autorów listów. Czasami, gdy korespondujący nie byli wystarczająco sławni, aby zostali rozpoznani przez czytelników ze zdjęcia autor zamieszczał przykładowo obraz Ziemi widziany z przestrzeni kosmicznej, kojarzący się z listem od dyrektora naukowego Centrum Lotów Kosmicznych NASA do zakonnicy mieszkającej w Zambii w kwestii wyjaśnienia powodów przeznaczenia miliardów dolarów na podróże kosmiczne. Trzeba podkreślić także, że treściom listów towarzyszą krótkie opisy wprowadzające czytelnika w sytuację poprzedzającą ich napisanie. Okazało się to bardzo pomocne w sytuacji, gdy nie orientowałam się w warunkach w jakich powstawała korespondencja.

Zaletą tego zbioru jest także fakt, że nie trzeba go czytać od początku do końca za jednym razem. Wystarczyło otworzyć gdziekolwiek i znajdywałam "coś" intrygującego. Każdy z tych listów daje wgląd w umysł autora. Często to także swego rodzaju kapsuła czasu. Całość sprawia wrażenie spojrzenia zza kulis. To także dowód sztuki kaligrafii, która powoli zanika we współczesnym świecie. Słowa pochwały należą się również tłumaczowi. Dzięki jego ciężkiej pracy mogłam poznać jakie błędy ortograficzne / gramatyczne popełniali autorzy listów czy też jakim stylem wypowiedzi się posługiwali. Tak. Bez wątpienia ta korespondencja zasługuje "na szersze grono odbiorców".

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Bejrut jest gdzieś tam - Youssef Rakha

Tytuł: Bejrut jest gdzieś tam
Tytuł oryginału: Bejrut szi mahall
Autor: Youssef Rakha
tłumaczenie: Agnieszka Piotrowska
wydawnictwo: Dobra Literatura
data wydania: 23 października 2012
ISBN: 9788393543700
liczba stron: 137
kategoria: literatura faktu / literatura podróżnicza
okładka: miękka


Jak się można dowiedzieć z treści zamieszczonej tu notki o autorze omawiana książka została nominowana do Lettre Ulysses Award - nagrody przyznawanej najlepszym książkom reporterskim. Przyznam się szczerze, że nie za bardzo wiem co też komisja w niej dojrzała. Może to wyróżnienie za użyty tu poetycki styl. A może za niecodzienne podejście do tematu. Mam nadzieję, że nie chodziło o samą treść, ponieważ niestety autor zaserwował tu zlepek jakby migawek. I to w dodatku bardzo chaotyczny. Z przykrością muszę stwierdzić, że nie znalazłam tu zbyt wielu informacji o tytułowym Bejrucie. A myślałam, że właśnie o nim przede wszystkim będzie opowiadać ta pozycja. Dodatkowo zostałam zaskoczona, ponieważ Youssef Rakha podzielił się tu również swoimi myślami i osobistymi doświadczeniami. Niekiedy bardzo intymnymi. Dużo miejsca poświęcił także na porównania zastałej libańskiej sytuacji z wydarzeniami ze swojej ojczyzny - Egiptu. I w taki oto sposób powstał już całkowity miszmasz...

A ja się pytam: gdzie tu jest ten tytułowy Bejrut? Mój głód w tej kwestii próbowała jeszcze zaspokoić tłumaczka w postaci dużej liczby pojawiających się tu przypisów. Faktycznie nie można zarzucić jej, że jej praca poszła na marne. Jednak czy tak powinno być? Przecież to nie ona jest autorem tej pozycji. To nie w przypisach czytelnik powinien znajdować to co twórca książki zawrzeć powinien. Ponadto we wstępie autorstwa Michała Danielewskiego zostało zasiane ziarnko nadziei na iście intrygującą lekturę. To tu właśnie wspomniał o czy jego zdaniem jest ta książka. Zatem oczekiwałam tu opisu prób walki ze stereotypami poprzez edukację. Tekstu opartego o ideę gaszenia coraz bardziej rozbuchanej wrogości wobec wszystkiego co kojarzy się z islamem. A autor tegoż reportażu poprzestał tylko na staraniach w poszukiwaniach odpowiedzi na pytanie: kto jest winny wojnie domowej w Libii. Może pisarz poniósł porażkę w kwestii uchwycenia sedna tematu, ponieważ była to jego pierwsza wizyta w Bejrucie...

Niestety pogubiłam się w przedstawionych tu wydarzeniach. Myślę, że wynikło to w dużej mierze z formy przekazu. Połączenia opisywanych sytuacji z osobistymi doświadczeniami autora i dodatkowo porównaniami libańskiej sytuacji do życia w Egipcie. Wydaje mi się, że zrozumienie sytuacji w takim jednym kraju to duże wyzwanie dla osoby niezbyt dobrze orientującej się w kulturze arabskiej. A tu dodatkowo autor zaserwował mi jeszcze informacje dotyczące sytuacji w innym - w Egipcie. Niestety całość mnie przerosła. Czytało się to dość ociężale. Niby krótkie zdania i rozdziały, a jednak zastosowane tu liczne dygresje nie pozwalały cieszyć się lekturą. Do tego autor dodał zbyt wiele trudnych do zapamiętania nazw, nazwisk. Śmiało mogę powiedzieć, że im głębiej "wchodziłam" w tę książkę tym więcej napotykałam w niej znaków zapytania. Miałam nadzieję, że ta lektura choć trochę przybliży mi libańską sytuację. Wyjaśni choć w jakimś procencie bardzo skomplikowane tamtejsze wydarzenia z przeszłości jak i teraźniejszości. Niestety muszę ze smutkiem przyznać, że po jej poznaniu mam większy mętlik w głowie niż wcześniej. A przecież nie o to chodziło...

sobota, 27 czerwca 2015

Awensis - Wioletta Formela

Tytuł: Awensis
Autor: Wioletta Formela
wydawnictwo: Noveares
data wydania: luty 2015
ISBN: 9788379425822
liczba stron: 214
kategoria: fantastyka
okładka: miękka


Hmm. Przyznam się szczerze, że nie wiem od czego tym razem zacząć... Muszę Wam zdradzić, że pomysł na powieść to mocna strona tegoż utworu. Można odnaleźć tu fragmenty, w których autorka próbowała poruszać ważne tematy. Wolności, miłości, zaufania, nieśmiertelności. Jednak niewiele to pomogło, ponieważ na każdej stronie natrafić można na błędy. I nie mam tu na myśli tylko literówek. Te jakoś bym zdzierżyła. Można tu znaleźć błędy fleksyjne, składniowe, leksykalne, stylistyczne. Do wyboru do koloru. Ponadto pisarka wielokrotnie gubi logikę opisywanych wydarzeń. Nie zawsze także z tekstu wiadomo kto i co robi. Ogólnie mówiąc - istny miszmasz. A najbardziej denerwujące w moim odczuciu było to, że jej bohaterowie zachowują się tak jakby nie pamiętali co ich spotkało w przeszłości. Jakby mieli w pamięci przycisk "wymaż". A może taki był zamysł autorki. Tylko powinna o tym wspomnieć...

Aż trudno uwierzyć, że ciekawie zapowiadająca się historia może zostać tak zepsuta. A mogło być całkiem inaczej. Mamy tu bowiem nowy obraz obcych. Pięknych. Trzeba przyznać, że rzadko są tak przedstawiani. Autorka ukazała tu także relacje międzygatunkowe, a co z nich wynikło niech na razie pozostanie jednak tajemnicą. Mnie zaintrygowały fragmenty, w których pisarka przybliżała świat Awensis. Niby tak różny, a w sumie jednak zbliżony do naszego. Jak się okazuje nie tak łatwo twórcy wyzbyć się pewnych ograniczeń. Szkoda tylko, że właśnie informacji o innych rasach czy planetach nie ma tu zbyt wiele. Można nawet powiedzieć, że jest ich tu jak na lekarstwo. Bardzo nad tym faktem ubolewałam. Myślę, że Wioletta Formela próbowała skupić się bardziej na stworzeniu utworu z głębszym przesłaniem. Niestety przy tak dużej ilości błędów nawet duży trud nie przyniósł oczekiwanych efektów.

Umęczyłam się setnie nad tą lekturą. Wielokrotnie przerywałam czytanie. Odkładałam na później. Jednak nie ukrywam, że po jakimś czasie znów brnęłam dalej z powodu wielu interesujących elementów fabuły. Trzeba jednak podkreślić, że szło mi nadal jak po grudzie. Zdanie po zdaniu. Kartka po kartce. Cały czas sprawdzałam ile jeszcze pozostało do końca. Bardzo rzadko to robię. Tym razem myślałam, że nie dotrwam. Jednak dla zaspokojenia ciekawości jestem w stanie wiele wycierpieć. A trzeba podkreślić, że po drodze autorka zastawiła wiele sideł. No może niektóre błędy to niedopatrzenie korektora, ale jednak nawet on czy redaktor nie jest w stanie poprawić całości. Chyba, że napisałby tę książkę od początku na nowo. Swoją drogą ciekawe co by z tego wynikło?. Powracając jednak do rzeczywistości mogę z czystym sumieniem iść spać, ponieważ Was przed nią ostrzegłam...

piątek, 26 czerwca 2015

Metalowa Dolna - Bruno Kadyna

Tytuł: Metalowa Dolna
Autor: Bruno Kadyna
wydawnictwo: Filologos
data wydania: kwiecień 2015
ISBN: 9788394183905
liczba stron: 109
kategoria: fantastyka
okładka: miękka


Patrząc na okładkę można spodziewać się, że lektura będzie działa się w niezbyt urokliwym miejscu a leżące pod ścianą ciężary do ćwiczeń odrobinę sugerują co też bohater będzie robił. Jednak nie spodziewałam się, że opisy podnoszenia ciężarów w piwnicy zajmą w tej książce tak sporo miejsca. Momentami odnosiłam wrażenie, że mam już tego dość. Ileż można czytać o tym samym. A może właśnie o to chodziło autorowi. Żebym odczuwa wyczerpanie psychiczne. Takie jakie przeżywał przedstawiony tu bohater, któremu umierała na nowotwór żona...

Zatem walczyłam z każdym słowem, z kolejnymi stronami tekstu. Z początku wydawało mi się, że to niezbyt obszerna książeczka. Jednak powstała podczas czytania atmosfera przesiąknięta szukaniem wyjścia z sytuacji patowej spowodowała, że lektura urosła do co najmniej trylogii. Ciągnęła mi się nieopisanie. Nigdy nie natknęłam się na tego rodzaju utwór. Wreszcie dotarłam do punktu (prawdopodobnie kulminacyjnego) i po nim charakter tej historii zmienił się o jakieś 180 stopni. W sumie nie ma się co dziwić. W momentach, gdy już nawet nadzieja umiera nie pozostaje nam nic. I właśnie w takiej chwili nasz bohater nie zaprzestał walki. Takie odniosłam wrażenie. Nadal próbował poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Jednak czy to czego doświadczył było realne czy może uległ jakimś urojeniom...

Silne emocje wywołane ciężką chorobą ukochanej osoby a później jej śmiercią mogą spowodować różne konsekwencje natury psychicznej i fizycznej. W tym krótkim utworze autorowi udało się ukazać zmienne stany bohatera i jednocześnie wpleść w opowieść elementy fantastyczne. O jakże łatwiej wierzyć, że nadal jesteśmy jeszcze w pełni władzy umysłowej a alternatywny świat pełen dziwnych stworzeń faktycznie istnieje. Nieraz odreagowanie w postaci wysiłku fizycznego nie wystarcza. Gromadzące się emocje muszą wreszcie znaleźć ujście. I nieraz kończy się to leczeniem psychiatrycznym. Tylko czy fakt, że inni nie widzą Metalowej Dolnej oznacza, że ta "kraina" nie istnieje?

Bruno Kadyna nie używa tu górnolotnego słownictwa. Nazwałabym jego styl wręcz prostym, niekiedy podwórkowym. Jednak wybrany przez pisarza sposób przekazu pasuje do kreacji głównego bohatera. Wyciskającego sztangę za sztangą. Pozującego na twardziela, a jednak jednocześnie poszukującego miejsca, w którym mógłby się ukryć przed całym złem tego świata. Początek tej książki nie zachęca do lektury, ale znając już ostatnie jej słowa mogę Wam zdradzić, że warto ją poznać. I to nie tylko ze względu na pojawiające się tu postaci fantastyczne...

czwartek, 25 czerwca 2015

Proces - Franz Kafka

Tytuł: Proces
Tytuł oryginału: Der Prozeß
Autor: Franz Kafka
tłumaczenie: Bruno Schulz
wydawnictwo: MG
data wydania: 30 sierpnia 2014
ISBN: 9788377792070
liczba stron: 445
kategoria: literatura piękna
okładka: twarda


Franz Kafka napisał "Proces" w 1914 roku, ale książka została wydana dopiero 11 lat później. Rok po śmierci autora. Jednak pisarz nie chciał, aby ta historia ujrzała światło dzienne. Jak widać jego ostatnia wola nie została na szczęście wypełniona. Kafka pragnął, żeby niewydane utwory zostały spalone po jego śmierci. Inne zdanie na ten temat miał jednak jego przyjaciel - Max Brod. To właśnie dzięki niemu czytelnicy mają okazję poznawać, wciąż na nowo tą jakże skomplikowaną historię. To on zadecydował także które fragmenty będą częścią "Procesu". Wiele rękopisów nie zostało w niej ujętych. Nieżyjący Kafka nie mógł niestety dokończyć dzieła. I do tej pory nie wiadomo jaki był w tej kwestii zamysł autora. Nadal toczy się spór wśród badaczy jego twórczości w kwestii kolejności i kompletności poszczególnych rozdziałów tegoż utworu...

Wstyd się przyznać, ale dopiero teraz (w wieku 36 lat) pierwszy raz przeczytam tę powieść. Z tego co pamiętam to nie była ona lekturą obowiązkową za moich czasów licealnych. Teraz wreszcie się zmobilizowałam i zasiadłam do lektury. Tych co jeszcze nie znają fabuły "Procesu" uprzedzam, że to przerażająca opowieść o Józefie K., szanowanym urzędniku bankowym, który nagle zostaje aresztowany. Nie wiadomo dlaczego. Nie wiadomo także kto go oskarża... W sumie to niewiele tu wiadomo...

Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że "Proces" to lektura posępna. Jednak jednocześnie można odnaleźć w niej fragmenty satyryczne a zarazem ukazujące koszmarną rzeczywistość przyszłości. Autor bowiem stał się tu prorokiem. W latach przedwojnia ukazał aresztowania niewinnych, nieomylność sądów, utajnianie aktów oskarżenia. Krótko mówiąc przedstawił totalitaryzm. Oblicze bezmyślnego zła. Okrutnego, niezrozumiałego świata. Bezsilność jednostki wobec systemu. Jednak "Proces" może być odczytywany także jako nagana wobec religii. Dodatkowo utwór wydaje się być o tym, jak niezrozumiałe i surrealistyczne może być życie.

Sam tytułowy proces może być odczytywany jako symbol ludzkiej egzystencji. Nie wiemy dlaczego tu jesteśmy, jak to się skończy, a nawet jakie są zasady tej "gry". Jednak bierzemy udział w tej "podróży" próbując zrozumieć jej sens, odnosząc po drodze małe, fałszywe zwycięstwa utwierdzające nas w wierze w postępie do celu. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z nieosiągalności "uniewinnienia", ale nie chcemy się poddać. Ukazany tu labirynt korytarzy sądowych może tu służyć jako obraz walki z niejasnym pojęciem prawa. Całkiem możliwe, że to opowieść o potrzebie znalezienia przez jednostkę sensu życia poprzez wgląd w siebie. A może to komentarz w kwestii degeneracji społeczno-politycznej. No cóż nie będę dłużej udawać, że zrozumiałam co autor miał na myśli... Przecież to tylko on wie co chciał przekazać w tej powieści...

Powieść pozostawiła mnie bezradną. Nie ma tu praktycznie żadnych wyjaśnień co rzeczywiście się stało. Brak logicznego następstwa, sensu wydarzeń i rozwoju postaci. Były chwile, że myślałam że może przybyli funkcjonariusze pomylili go z kimś innym kto wyglądał podobnie lub miał podobnie brzmiące nazwisko. Niektóre fragmenty książki to jakby uchwycenie chwili na fotografii. Pełne absurdu. Czułam się tak samo zdezorientowana dziwnymi wydarzeniami jak Józef K.. Zdarzenia tu przedstawione są niewytłumaczalne, bezcelowe. Fabuła przypomina dziwny sen. Niepokój i oszołomienie wyziera z każdej stronicy. To lektura pesymistyczna i zarazem cyniczna.

Atmosfera powieści przypomina nieco utwory Dostojewskiego. Oniryzm, surrealizm są tu połączone z rzeczywistością. Trzecioosobowa narracja jest pozbawiona osądów. Narrator to twór wszechwiedzący i wszechobecny. Styl można nazwać precyzyjnym. Roi się w nim od ironii i humoru. Ton przekazu jest naprzemiennie chłodny i złowrogo zabawny. Forma tej powieści jest zaskakująca. Nic nie wiemy o otoczeniu czy bohaterze. Brak tu centrum lub stabilnego punktu odniesienia. Odniosłam wrażenie, że wraz z główną postacią nieraz wykraczałam poza przestrzeń procesu do bardziej abstrakcyjnego świata.

Czy rzeczywiście Józef K. jest niewinny? Czy została ukazana tu rzeczywistość czy koszmar senny głównego bohatera? Na te pytania już nie uzyskam odpowiedzi, a to tylko dwa z wielu, które autor pozostawił bez odpowiedzi. Na zakończenie muszę jeszcze wspomnieć o ilustracjach autorstwa Bruna Schulza. Przyznam, że byłam ich bardzo ciekawa. Wykonane w tonacji czarno-białej (wydaje mi się, że węglem) współgrają z atmosferą utworu. Podkreślają nie do końca jasny jej przekaz. Jako uzupełnienie tej przygody niedługo planuję obejrzeć dwie ekranizacje tej powieści z 1962 i z 1993 roku. Już nie mogę się doczekać...

środa, 24 czerwca 2015

Złota szansa - Jayne Ann Krentz

Tytuł: Złota szansa
Tytuł oryginalny: The Golden Chance
Autor: Jayne Ann Krentz
tłumaczenie: Alicja Skarbińska
wydawnictwo: Amber
data wydania: 22 maja 2015
ISBN: 9788324153961
ilość stron: 319
kategoria: powieść obyczajowa
okładka: miękka


Muszę podkreślić, że nie przepadam za sytuacją gdy książka jest wydawana kilka razy pod zupełnie innymi tytułami. Zazwyczaj myli mnie zmieniony tytuł i zasiadam pełna energii do lektury. I najczęściej już po kilku, kilkunastu stronach okazuje się, że już przecież czytałam tę książkę. Bardzo nie lubię towarzyszącego mi wtedy rozczarowania... Dlaczego o tym piszę w związku z powyższą książką? Otóż "Złota szansa" ukazała się w 1997 roku na polskim rynku wydawniczym pod tytułem "Jedyna okazja". I jakimś trafem udało mi się trafić dwukrotnie na tę samą książkę. To dopiero nazywa się mieć pecha...

Ale abstrahując od prześladującego mnie pecha trzeba przyznać, że opis na tylnej okładce kusi. Ba. Mnie skusił nawet dwukrotnie. I choć sugeruje się w nim, że będzie to lektura trochę na kształt romansu to okazuje się, że "Złota szansa" to jednak w przeważającej mierze powieść obyczajowa. Żeby nie za dużo zdradzić powiem tylko, że oprócz pary głównych bohaterów (kobiety i mężczyzny) autorka ubarwiła lekturę tajemnicami z przeszłości bogatych rodów. Nie brak tu także fragmentów przesiąkniętych polityką. Pisarce udało się również ukazać tu siłę przyjaźni. Ponadto ciekawie zarysowała świat bogatych snobów. Zbyt głupich, żeby zorientować się na czas, że coś złego dzieje się z ich źródłem dochodu. Dodatkowo interesująco została tu przedstawiona walka o władzę i umiejętnie podkreślono różnice środowiskowe. 

Niestety relacja łącząca główne postacie wydaje się nie do końca jednoznaczna. Ich zachowanie przeczy towarzyszącym uczuciom. Znikąd pojawiają się targające nimi emocje. I dzieje się tak wielokrotnie. Mówiąc krótko wydaje się to sztuczne. Oprócz tego przez prawie całą książkę bohaterowie pokładają wiarę w prawdomówność najbardziej wrednej, podłej postaci - Hilary. Aż trudno mi było uwierzyć w ich łatwowierność. Czy jest możliwe, że tak wiele osób może okazać się jednocześnie tak naiwnymi? Dziwiło mnie również to jak szybko bohaterowie zmieniają swoje poglądy. Wręcz z prędkością błyskawicy. I to bez żadnego uzasadnienia. Denerwujące okazało się także to, że ciągle trzymano ważkie problemy w tajemnicy. Od razu przypomniały mi się bardzo popularne swego czasu telenowele realizowane w Ameryce Południowej...

Ponarzekałam, powybrzydzałam. Jednak muszę się Wam przyznać, że przeczytałam ją do końca. Po raz drugi. "Coś" mają w sobie takie historie, że nie potrafię ich przerwać i muszę dobrnąć do ostatniej ich kartki. Może to nadzieja na odnalezienie się bratnich dusz? Może obietnica walki o władzę? A może ogólne oczekiwania co do takiej lektury pobudzone przez dość zmyślny opis na tylnej okładce? Trudno stwierdzić. Jednak za każdym razem gdy trafiam na "taką" książkę coś mnie do niej mocno ciągnie. Podsumowując "Złota szansa" mimo wad okazała się całkiem niezłym przerywnikiem pomiędzy lekturami bardziej wymagającymi. W sam raz na jeden wieczór.

wtorek, 23 czerwca 2015

Republika Piratów - Colin Woodard

Tytuł: Republika Piratów
Tytuł oryginału: The Republic of Pirates: Being the True and Surprising Story of the Caribbean Pirates and the Man Who Brought Them Down
Autor: Colin Woodard
tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
wydawnictwo: SQN
data wydania: 24 września 2014
ISBN: 9788379242337
liczba stron: 363
kategoria: literatura faktu
okładka: twarda z obwolutą


Dziś chciałabym wspomnieć o książce, która stała się inspiracją do nakręcenia serialu Herb Piratów. Oczywiście serial gorąco polecam. A o czym opowiada "Republika Piratów"? Otóż na początku XVIII wieku wielu pirackich kapitanów połączyło swe siły. Wśród nich byli także buntownicy przeciwko warunkom panujących we flotach handlowych i na plantacjach Starego i Nowego Świata. Zatem postanowili stworzyć swą "demokratyczną" krainę. Niestety ich "republika" została ostatecznie pokonana. A w tej właśnie książce Colin Woodard ożywił "złote" czasy piractwa...

Wcześniej nie wiedziałam zbyt wiele o historii piractwa a ta lektura wprowadziła mnie w temat, wyjaśniła różne pojęcia, kategorie. Autor przedstawił ten świat w dość zrównoważony sposób, bez idealizowania. Jako tło ukazał dodatkowo intrygi polityczne. Dzięki "Republice Piratów" poznałam inne oblicze piratów - miłujących wolność rebeliantów, prekursorów amerykańskich ojców założycieli. W wielu przypadkach książka obaliła znane i rozpowszechnione legendy. Zburzyła obraz stworzony przez media. Szczególnie ukazani tu piraci odstają wyraźnie od znanej kreacji Johnny'ego Deppa. Nic dziwnego. Autor przecież zbudował historię w dużej mierze wokół faktów. Książka czerpie garściami z akt sądowych, listów, dzienników... Jednak prawie wszystkie z zachowanych dokumentów moim zdaniem są prawdopodobnie stronnicze. Myślę, że sama natura piratów sugeruje, że nie pozostawili oni zbyt wielu materiałów archiwalnych na swój temat spisanych przez nich osobiście. A oficjalne dokumenty nie pieją z zachwytu na ich temat.

Trzeba przyznać, że zbyt szczegółowe dane dotyczące przykładowo sposobów utraty ładunków niestety książce zaszkodziły. Są chwile gdy lektura zmienia się w coś w rodzaju katalogu, wypunktowanych list. Nie ma wtedy prawdziwego polowania na "przeklęte" złoto. A tego właśnie oczekiwałam. Trzeba przyznać także, że Woodard starał się i próbował spisać dzieje chronologicznie. I wszystko na nic. Aby ukazać przygody wspomnianych tu piratów musiał niejednokrotnie cofać się kilka lat wstecz - to znów za chwilę przeskakiwać parę lat w przód. Wprowadziło to niemałe zamieszanie. Przeszkadzało mi także to, że autor nieraz pomijał inne, ważne wydarzenia historyczne. Dodatkowo chwilami akcja się ślimaczyła. Zawiodło mnie także zakończenie, gdzie pisarz tylko wymienił co ciekawsze kąski. Niestety nie uczynił je tematem powieści. A szkoda...

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Silny wstrząs - Jonathan Franzen

Tytuł: Silny wstrząs
tytuł oryginału: Strong Motion
Autor: Jonathan Franzen
tłumaczenie: Witold Kurylak
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: 29 kwietnia 2015
ISBN: 9788379992065
liczba stron: 544
kategoria: literatura współczesna
okładka: utwardzona


To proza precyzyjna i gęsta. Porusza zróżnicowane kwestie. Poczynając od tematu pełnoletności, miłości poprzez zaangażowanie, relacje międzyludzkie kończąc na aborcji, korporacyjnej chciwości, zagrożeniach środowiska czy religii. Utwór ukazuje egocentryczny obraz USA przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Zaranie klinik aborcyjnych, wzmocnienie się fundamentalizmu chrześcijańskiego, zmianę w podejściu do kwestii ekologii wśród ludzi biznesu...

Stworzeni tu bohaterowie są pełni dziwactw. Niekiedy wręcz aż śmiesznych. W ich charakteryzacji autor przemyca niuanse walki o samoświadomość, tożsamość, płeć. Niestety w kreacji głównej postaci coś mu się ewidentnie nie udało. Niby Louis jest częścią przedstawionej historii, ale momentami wydaje się jakby wcale do niej nie pasować. Wręcz powoduje, że fabuła się "rozkleja". Trzeba zwrócić także uwagę na fakt, że czas został tu potraktowany jakby był historyczną dygresją. Dodatkowo momentami zauważalne jest nadmierne akcentowanie fizyczności, emocjonalnego zubożenia. Może poprzez to autor próbował podkreślić słabości swych bohaterów...

"Silny wstrząs" to jakby portret ludzkich niedoskonałości. Węzłów, które nas pętają. Niepokoju, który odczuwamy. Obraz uwięzionych w błocie życia, śmierci amerykańskiego snu. Ciemnej strony człowieczeństwa. Brzydoty i alienacji nowoczesnego społeczeństwa. Można nawet powiedzieć, że to powieść ekscentryczna i awangardowa. Jakby zmieniająca tożsamość. Mimo że łączy płynnie wiele wątków chwilami ma się wrażenie, że jest tu jednak zbyt wiele zbiegów okoliczności. Także rola wszechwiedzącego narratora wydaje się nazbyt duża. Dodatkowo autor wplótł tu fragmenty sprawiające wrażenie wprost wyrwanych z innej epoki. Może Franzen pragnął "czymś" zaskoczyć czytelnika...

Trudno jest złapać rytm tej lektury mimo że tekst sprawia wrażenie powstałego bez wysiłku. Narracja niby jest spójna ale pierwszą połowę książki czyta się dość ciężko. Jakby się w niej grzęźnie. Męczy nadmiar dygresji, część dialogów koliduje z działaniami bohaterów. Ponadto postaci mają tendencję do długich monologów-tyrad. Nawet dowcipne fragmenty nic tu nie pomagają. Druga część powieści wynagradza nieco początkowe trudy. Jednak nadal nie zadowala fakt niecałkowitego rozwinięcia poruszanych tematów. Niestety z biegiem czasu również niektóre przytaczane tu kwestie się nieco "zakurzyły". Nie wzbudzają już takich kontrowersji jak w momencie powstania tej powieści 23 lata temu. Mówiąc krótko to co tu spotkałam wydaje się próbą stworzenia czegoś niecodziennego. Jednak to zdecydowanie tylko obietnica. Czegoś "lepszego" co ma dopiero nastąpić w twórczości tegoż pisarza. Później...

niedziela, 21 czerwca 2015

Broadchurch - Erin Kelly

Tytuł: Broadchurch
Tytuł oryginalny: Broadchurch: A Novel
Autor: Erin Kelly
tłumaczenie: Marta Kisiel-Małecka
wydawnictwo: Literackie
data wydania: 18 czerwca 2015
ISBN: 9788308055885
liczba stron: 429
kategoria: kryminał
okładka: miękka ze skrzydełkami


Brytyjskie, nadmorskie miasteczko Broadchurch. Detektyw Ellie Miller właśnie wróciła z urlopu i dowiedziała się, że niestety nie została awansowana. Posadę na którą liczyła objął Alec Hardy, nie mogący pozbyć się złej sławy w związku z porażką w ostatnio prowadzonym śledztwie. Na dodatek jako nowy w mieścinie ma problemy z odnalezieniem wspólnego języka z tubylcami. A do rozwiązania przydzielono im niełatwą sprawę morderstwa 11-letniego Danny’ego Latimera...

Trochę dziwnie się czuję gdy muszę się przyznać, że nie oglądam serialu na podstawie którego powstała ta powieść. Nawet o nim nie słyszałam. Szczególnie w obliczu faktu, że zdobył on tak liczną rzeszę fanów. Ciekawi mnie ile osób, które oglądają serial będą chciały przeczytać tę książkę. Może ktoś z nich skusi  się zważywszy na fakt, że w wersji papierowej można dużo dowiedzieć się o motywach postępowania bohaterów i poznać myśli poszczególnych postaci. Może niektórzy sięgną po wersję papierową "Broadchurch" ze względu na autorkę. Czy w ogóle jest sens tworzenia takich powieści?

Obraz zamkniętej małej społeczności, w której prawie każdy coś ukrywa nie jest niczym nowym. Ten element prawie zawsze sprawdza się w momencie tworzenia powieści kryminalnej. Bo przecież właśnie w gronie znanych nam ludzi nie spodziewamy się zabójcy. W omawianej tu książce umiejscowienie akcji zdało egzamin. Nie czułam się zaskoczona również tym, że śmierć okazała się dopiero początkiem dość skomplikowanej historii. Warto wspomnieć tu szczególnie o relacjach międzyludzkich, które urozmaicają lekturę. Cieszy fakt, że nikt tu nie jest święty. Sprawia to, że postaci wydają się autentyczne. Dominuje tu rozpacz i trwoga. Wszyscy zaczynają podejrzewać się nawzajem. Historia rozpoczyna się dość powoli. Jednak nieco później przyspiesza i tworzy się oczekiwane od początku napięcie. I tak już pozostaje do końca. Dodatkowo kolejne strony odsłaniają coraz nowe dowody w sprawie. Czegóż chcieć więcej?

Dzięki ukazanej tu współpracy dwojga detektywów o jakże różnej osobowości mogłam ujrzeć realia dotyczące toczącego się tu śledztwa z odmiennych punktów widzenia. Mężczyzny, który nie jest w żaden sposób powiązany uczuciowo ze sprawą i kobiety, która mocno zaangażowała się w nią emocjonalnie. To spowodowało, że każde z nich inaczej analizowało fakty i wysnuwało wnioski. Także ich kręgi podejrzanych wyglądały całkowicie inaczej. Nic dziwnego. Gdy zna się każdego mieszkańca, co więcej z niektórymi z nich łączą nas bliższe kontakty to trudno nie popełnić pewnych błędów związanych z nieprofesjonalnymi zachowaniami. Na szczęście trzeźwy osąd kogoś z zewnątrz okazał się tu wybawieniem.

Całość sprawia wrażenie udanej próby pisarskiej, jednak nie mogłam w nią zagłębić na dłużej. Coś mi ciągle przeszkadzało. Niby książka napisana jest czytelnie, rozdziały są krótkie i nieprzeładowane faktami, mało jest także opisów w stylu Elizy Orzeszkowej. Mimo to autorka nie potrafiła utrzymać mojej uwagi. Niekiedy lektura wydawała mi się wręcz sensacyjna, w innych momentach jakby posklejana z przypadkowo dobranych elementów. Zdarzają się tu także dialogi naszpikowane zbyt wieloma, zbitymi w jednym miejscu informacjami. Jak wiadomo - co za dużo to nie zdrowo. Zdziwiło mnie również to, że historia została napisana w czasie teraźniejszym, skoro już się wydarzyła. Dość niecodziennie to brzmi. Kończąc nie mogę nie wspomnieć jeszcze o jednym. Pomysł z mapą na początku może byłby dobry, gdyby nie fakt, że informacje pojawiające się podczas lektury tej książki nijak nie pokrywają się z tym co na niej widziałam. To było bardzo irytujące. Czy polecam? Hmm. Sami zadecydujcie czy macie ochotę poznać tę historię...

sobota, 20 czerwca 2015

2049 - Rafał Cichowski

Tytuł: 2049
Autor: Rafał Cichowski
wydawnictwo: Novae Res
data wydania: luty 2015
ISBN: 9788379425204
liczba stron: 282
kategoria: fantastyka
okładka: miękka


Gdy przeczytałam opinię Małgorzaty Gwary na temat tej książki (KLIK) pomyślałam, że koniecznie muszę poznać tę historię. Dlaczego? Ponieważ wspomniana wyżej blogerka nie owija w bawełnę i w każdym swoim tekście dokładnie uzasadnia swój osąd. Dlatego właśnie bardzo często zaglądam na jej bloga i muszę przyznać, że jeszcze ani razu nie zawiodłam się na lekturze, którą polecała. A wyżej wspomnianej książce Małgorzata Gwara przyznała wysoką ocenę (aż 8 na 10 punktów), co dość rzadko się jej zdarza. Zatem z niecierpliwością czekałam na przesyłkę. Przyznaję się, że książkę przeczytałam już jakieś trzy tygodnie temu, ale z powodu przygotowań do odpoczynku i samego wyjazdu wakacyjnego piszę o niej dopiero dziś. Ale jak mówi przysłowie "co się odwlecze, to nie uciecze"...

Z perspektywy czasu mogę stwierdzić bez wahania, że lektura pozostaje na dłużej w pamięci. A przecież na tym autorom zależy. I nie mam na myśli jedynie kreacji głównego bohatera, ale także szczegóły fabuły nie ulatują w zapomnienie. Całość sprawia wrażenie przemyślanej, chwilami dość niestandardowej opowieści. Nawet jak na poruszaną tu tematykę (przyszłość) niektóre pomysły brzmią nieodtwórczo. A przecież nie tak łatwo jest wymyślić coś nowego, gdy zewsząd odbiorca zalewany jest coraz to bardziej nieprawdopodobnymi wizjami naszego przyszłego świata. Muszę jednak przyznać, że to co przedstawił tu Rafał Cichowski brzmi nader realnie. Momentami można nawet odnaleźć liczne podobieństwa do naszej współczesności. Szczególnie jeśli chodzi o obraz sektora B Ketry. Tak. Zapomniałam przecież wspomnieć, że autor stworzył tu świat podziałów. I to nie tylko w sferze miejsc ale także w kwestii ukazania bohaterów czy dywersyfikacji języka, którym się posługują. Wszędzie zauważalna jest dwoistość.

Główny bohater zostaje wyrzucony z "lepszego" świata i w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że bardzo szybko aklimatyzuje się w nowych warunkach bytowych. Niby "gorsza" część opisanego tu świata to istne piekło, a Robert jakby nigdy nic wnika do niego i nawet nieźle mu się wiedzie. Nasuwa się zatem pytanie dlaczego inni mieszkańcy sektora B nie potrafili dostosować się do codzienności tak jak nasz bohater? Czy posiada on jakieś bliżej niezidentyfikowane zdolności? Wydaje mi się, że właśnie osobie, która została dosłownie wyrwana z "idealnego" świata powinno być o wiele ciężej dostosować się do "gorszych" warunków. A tu spotkała mnie taka niespodzianka...

O życiu w sektorze A dowiedziałam się dzięki zawartości "odtworzonej" tu książki (audiobooka) napisanej przez doktora Waya, której Robert słucha na wygnaniu. Dopiero po przymusowym opuszczeniu idyllicznego miejsca bohater zaczyna zauważać jego wady. Tak. Okazuje się bowiem, że nie ma jednak idealnych miejsc. Opisany twór z kartki na kartkę zaczyna przeistaczać się w coś coraz bardziej nam znajomego. Miejsce, w którym codziennością stają się segregacja, walka o władzę, wysoki wskaźnik przestępczości, rosnące bezrobocie, walka o wolność. Czy to faktycznie tylko utopia? Już w obecnych nam czasach widać zaczątki przedstawionych tu zmian. Aż strach momentami czytać. Coraz lepiej rozwinięte technologie tworzy się w celu ulepszenia naszego życia. Czy faktycznie tak jest?

Lekturę czytało mi się szybko. Narracja jest tu pierwszoosobowa i szkoda, że nie można dowiedzieć się jak widzą ten świat inni bohaterowie. Chętnie poznałabym punkt widzenia mieszkańców sektora B. Momentami czułam zdziwienie natrafiając na kolejne dziwne metafory, ale mimo wszystko nie zmieniły one mojej oceny tej książki. Całość można by nazwać połączeniem kontrastów. Pomieszaniem szybkiej akcji z wolniejszymi fragmentami dotyczącymi rozważań na przeróżne tematy. Na szczęście autorowi udaje się uniknąć moralizowania. Pisarz nie pozostawia czytelnika także bez krzty nadziei w osobie walczących o wolność. Cieszy również fakt, że do końca nie wiadomo jaki będzie finał tej historii. Mimo że "2049" to lektura z gatunku fantastyki można w niej odnaleźć także wiele z powieści gangsterskiej. Zatem łapcie za swą broń i przeżyjcie niejedną, ciekawą przygodę...

piątek, 19 czerwca 2015

Nowa książka z serii Uniwersum Metro 2033; konkurs; spotkania autorskie Pyrkon 2015

Wielkimi krokami zbliża się premiera nowej książki z Uniwersum Metro 2033! 27 sierpnia do księgarń trafi "Otchłań" Roberta J. Szmidta, druga po "Dzielnicy obiecanej" Pawła Majki książka w serii Uniwersum Metro 2033 w polskich realiach.

Wrocław 20 lat po wojnie nuklearnej. Z niemal siedmiuset tysięcy wrocławian przetrwała ledwie garstka w ciągnących się pod miastem kanałach. Tworzą oni niewielkie zamknięte społeczności, zwane enklawami. Mimo upływu lat powierzchnia wciąż nie nadaje się do ponownego zasiedlenia. Promieniowanie jest tam wciąż zbyt silne, a co gorsza, zmutowane rośliny i zwierzęta stworzyły w ruinach nowy, wyjątkowo nieprzyjazny człowiekowi ekosystem. 

Dostępne zasoby ulegają wyczerpaniu i w enklawach zaczyna brakować najbardziej podstawowych produktów, pojawia się głód. Zdesperowani mieszkańcy coraz częściej łamią tabu i uciekają się do kanibalizmu.

W takim świecie przyszło żyć Nauczycielowi, ostatniemu z Pamiętających, którym dane było urodzić się przed wojną i "pamiętać" świat sprzed zagłady. Chcąc chronić niepełnosprawnego syna próbuje dotrzeć do podziemi Fallusa, jak powszechnie nazywa się ruiny dawnego wieżowca Sky Tower, gdzie mieści się ponoć najbardziej stabilna enklawa. Droga nie będzie jednak prosta i łatwa, a Nauczyciel trafi do miejsc, których istnienia nie podejrzewał w najgorszych koszmarach.

Zostań autorem w Uniwersum Metro 2033 - Twoje opowiadanie ukaże się w nakładzie 20 tys. egz. 

Przypominamy, że ogłosiliśmy III edycję konkursu na najlepsze fanowskie opowiadania w klimacie Uniwersum Metro 2033. 

Jeśli macie ciekawe pomysły, talent, pasję… Jeśli piszecie i marzycie o tym, by w końcu ktoś Was zauważył i opublikował, to nasz konkurs jest idealną szansą, by pokazać się szerszemu gronu czytelników. Tegoroczny zbiór opowiadań został wydany w nakładzie 20 000 egz. i rozprowadzany jako świetnie wydany, darmowy dodatek do regularnej powieści z Uniwersum Metro 2033. Czy ktoś może zaoferować debiutantom większy zasięg?

Dwanaście najlepszych opowiadań opublikujemy w klasycznej książce papierowej i w e-booku. Trzy opowiadania (te najlepsze z najlepszych) dodatkowo nagrodzimy finansowo! Laureat pierwszej nagrody otrzyma 1000 zł, drugiej - 700 zł, trzeciej - 500 zł. W sam raz na stalkerski ekwipunek! 

Czekamy na Wasze zgłoszenia! Śpieszcie do piór, klawiatur, glinianych tabliczek, tabletów... czy co tam jeszcze macie do ubierania swoich myśli w słowa! Powodzenia!

Niezapomniany Pyrkon 2015 z udziałem Dmitrija Głuchowskiego

A czy pamiętacie jeszcze Pyrkon i emocjonujące spotkania z Dmitry'm Glukhovskim, Robertem J. Szmidtem i Pawłem Majką? My wciąż mamy przed oczami nieprzebrane tłumy, które przybyły na konferencję z udziałem trzech naszych Autorów. Kilometrowe kolejki, w których staliście Wy, drodzy Czytelnicy, oczekując na autograf, dedykację, zdjęcie, kilka słów zamienionych z którymś z Waszych ulubionych Autorów… 

Dla przypomnienia przygotowaliśmy dla Was trzy filmiki z tamtego spotkania. Oglądajcie i dzielcie się nimi w oczekiwaniu na kolejne nie mniej interesujące spotkania!

      

czwartek, 18 czerwca 2015

Wakacje 2015

W trakcie wypoczynku zrobiłam ponad 1200 zdjęć. Dla zobrazowania piękna tamtych zakątków wybrałam te z nich, które oddają najlepiej urok Fiumicino, Lido di Ostia, Fregene, Torvaianica, Rzymu... i innych miejsc do których dotarliśmy w trakcie pieszych wycieczek. Oto one... (jak w nie klikniecie to się powiększą). Miłego oglądania ;)